Agata Malinowska

Hobbit: Niezwykła podróż / The Hobbit: An Unexpected Journey (Peter Jackson, 2012)

Hobbit: Niezwykła podróż / The Hobbit: An Unexpected Journey (Peter Jackson, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Zależnie od stylu życia i zainteresowań, obraz w 48 klatkowym”Hobbicie” jednym przypomina serial telewizyjny, innym komputerową grę. Pierwsze z tych porównań jest szczególnie znamienne – mamy wszak do czynienia z zaledwie pierwszym odcinkiem z trzech. A właściwie czwartym z sześciu, bo chociaż „Hobbit” był przecież pierwotnie książką dla dzieci, Jackson zrobił wiele, by stylistycznie i klimatycznie zbliżyć go do poważnego „Władcy pierścieni”.

Nie brak więc scen pełnych patosu i rozmachu, choć i ludyczna siła wyjściowego materiału nie daje się łatwo okiełznać, tu i ówdzie buchając niewyrafinowanym humorem i prawdziwie bajkową jaskrawością. Po obejrzeniu pierwszej części trudno powiedzieć coś o całości, jednak moja pierwsza reakcja – jako dorosłego i jako dziecka – jest w zasadzie przychylna.

Trudno mi uwierzyć, że ktoś może jeszcze nie wiedzieć, że tytułowym hobbitem jest Bilbo Baggins, spokojny mieszkaniec norki pod Wzgórzem. Po obejrzeniu Trylogii wiemy już o nim całkiem sporo, ale ta szczególna Przygoda, na spotkanie której Bilbo wybiegł pewnego ranka z domu, okaże się dla niego – i dla nas – emocjonującą niespodzianką. W towarzystwie czarodzieja Gandalfa Szarego i trzynastu dzielnych krasnoludów, hobbit wyruszy, by odzyskać krasnoludzkie złoto strzeżone przez potężnego smoka Smauga. Przygoda, ta zmieni jego życie, rzucając go w łapy trolli, goblinów i orków, ale też stanie się preludium do Wojny o Pierścień.

Związki z „Władcą Pierścieni” podkreśla się tu zresztą dość wyraźnie. Historia wyprawy „na smoka” (którego nie będzie nam dane jeszcze zobaczyć) wzbogacona została o dodatkowe wątki, wpisujące przygody naszej kompanii w szerszy kontekst historii Śródziemia. Asumpt do tego posunięcia dał zresztą sam Tolkien, który w trakcie prac nad Trylogią napisał na ten temat osobny tekst. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w zamian za narracyjną spójność Jackson przehandlował nieco charakterystycznego dla powieści klimatu, nie mówiąc o przestojach poświęconych na podniosłe narady.

Metamorfoza nie jest gruntowna, bo i zresztą być nie mogła. Ci, którzy pokochali książkę napisaną z myślą o dzieciach, znajdą tu swoje ulubione fragmenty, jak choćby niepowtarzalne krasnoludzkie zmywanie naczyń. W porównaniu z poważnym i wzniosłym „Władcą”, nowy film Jacksona niejednokrotnie bywa przerysowany, nawet infantylny, a żarty w rodzaju trolla wycierającego nos hobbitem mogą przerazić co bardziej wyrafinowanych odbiorców. Dla mnie to jednak dobry znak świadczący o tym, że twórcy nie zapominają o korzeniach i że darzą pierwowzór głęboką sympatią. Rezultat jest może trochę dziwaczny, ale robi raczej miłe wrażenie, zaś humor, nawet jeśli dość rubaszny, jest wdzięczniejszy niż wysilone akcenty humorystyczne w Trylogii.

Bezdyskusyjnie dużym atutem „Hobbita” jest Martin Freeman. Jego Bilbo to stateczny hobbit, w wieku niebezpiecznie zbliżającym się do średniego, który jednak ma w sobie, dla niego samego niezrozumiałą, żyłkę ryzykanta. Kibicujemy mu w każdych okolicznościach przyrody, jest bowiem niezmiernie ujmujący, i nawet oszustwo, którego dopuszcza się wobec Golluma, jakoś uchodzi mu w naszych oczach płazem. Inne zalety filmu są już dość tradycyjne i nawet nie wypada ich roztrząsać – oczywiście mamy tu te same efektowne zdjęcia i scenograficzno-kostiumowy przepych, co we „Władcy”.

No koniec pozostaje sakramentalna kwestia awangardowego posunięcia technicznego, jakim było sfilmowanie „Hobbita” w 48 klatkach na sekundę. Znakomita większość widzów obejrzy zapewne film tradycyjnie, bo większość kopii dostępnych w kinach ma standardowy, 24 klatkowy framerate. Podążając jednak za przykładem hobbita, który głową w dół rzucił się w objęcia Przygody, postanowiłam spróbować nowego – i zdecydowanie nie żałuję.

Porównania do gier lub teatru telewizji nie mają racji bytu w obliczu wysokiej jakości realizacji, za to dowolnie dynamiczny ruch w 3D wygląda doskonale płynnie. James Cameron, jeden z największych technicznych geeków w Hollywood, grzeje już podobno silniki, by zastosować HFR w sequelach „Avatara”. Jeśli zaś dla kogoś ultrarealistyczna horda orków stanowi przeszkodę w zawieszeniu niewiary, pozostaje mu płaska wersja w 24 klatkach, która z pewnością nie zawiedzie pokładanych w filmie nadziei.

Trudno co prawda powiedzieć, czy „Hobbit” zadowoli wszystkich – zależnie od oczekiwań może się on okazać zbyt dziecinny lub też zbyt ponury. Tym, którzy zechcą potępić film całkowicie, radzę wcześniej przymierzyć Trylogię Petera Jacksona do „Gwiezdnych wojen” – chronologicznie i jakościowo. Otóż „Niezwykła podróż” z pewnością bije „Mroczne widmo” na głowę, a potem może być przecież już tylko lepiej…


The Hobbit An Unexpected Journey,
The Hobbit: An Unexpected Journeyhobbit-unexpected-journey-ring-poster

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>