Agata Malinowska

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii / The Hobbit: The Battle of the Five Armies (Peter Jackson, 2014)

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii / The Hobbit: The Battle of the Five Armies (Peter Jackson, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Hobbicia trylogia dobiegła niniejszym batalistycznego końca. Peter Jackson wygasza fajkę i zabiera swoje zabawki. Fani Śródziemia po premierze ostatniej z wersji rozszerzonych będą mogli spędzić w magicznym świecie niemal dobę. Ja zaś, mając już skompletowanego „Hobbita”, mogę zacząć zapominać, że to wielogodzinne widowisko kiedykolwiek istniało. Nie dlatego, że jestem hejterką blockbusterów fantasy. Dlatego, że to będzie takie łatwe.

Bohaterów opuściliśmy, jak na drugą część trylogii przystało, w mocno nieciekawej sytuacji. Potężny czarodziej Gandalf, pokonany, wisi w klatce na blankach zrujnowanej twierdzy, w której zamieszkuje odradzający się Sauron. Próba zabicia smoka spod Samotnej Góry zakończyła się niepowodzeniem – rozwścieczony Smaug odleciał, by wziąć odwet na pobliskim ludzkim siedlisku. Thorin Dębowa Tarcza, zamknięty wraz z towarzyszami w komnatach Ereboru, zaczyna zdradzać objawy chorobliwej miłości złota. A kiedy wieść o odzyskaniu smoczego gniazda rozchodzi się po Śródziemiu, w kierunku Góry zaczynają ściągać wojska – każdy bowiem chciałby uszczknąć to i owo z legendarnego skarbu.

Zaraz zaraz, a gdzie Bilbo, pozujący wszak z mieczem w heroicznej pozie na plakatach? Ależ na drugim planie, tam gdzie Peter Jackson umieścił go już w pierwszej części. Jego rola w fabule „Hobbita” jest oczywiście kluczowa, w filmie jednak jest go akurat tyle, by zapewnić płynność narracji. Powtórzę się, pisząc o marnowaniu zarówno świetnie dobranego Martina Freemana, jak i potencjału samej postaci. Nie mogę jednak tego przeboleć, bo to właśnie Bilbo był tą osobą, z którą przeżyłam tę historię po raz pierwszy i naprawdę byłabym szczęśliwa, mogąc widzieć go nieco więcej. Nie bądźmy jednak czepliwi – naprawdę łatwo jest zapomnieć o małym hobbicie, gdy trzeba w miarę elegancko zapiąć całą franczyzę, a do tego ma się na głowie setki ludzi, krasnoludów, orków… I innych, niezwykłych stworzeń, których to nie wymienię, aby nie psuć widzom niespodzianki. Wszyscy oni przez większość filmu biją się całkowicie bezkrwawo, choć na śmierć, w grupach lub pojedynczo, niezmiennie bardzo widowiskowo, budząc okazjonalnie nieco podziwu, przeważnie jednak jedynie stosunkowo przyjemne, ale dość mdłe zainteresowanie.

I to jest chyba główny problem nie tylko trzeciej części, ale w ogóle całego „Hobbita”. Rozbuchane jacksonowskie CGI to świetna pasza dla oczu, ta waluta jest jednak w dzisiejszych czasach coraz tańsza. Widz z pewnością chętnie wytrzyma w fotelu dwie i pół godziny zwrotów akcji okraszonych pięknymi obrazami. Ja wytrzymałam – trudno mi jednak powiedzieć, bym choć przez chwilę poczuła się w tę opowieść naprawdę zaangażowana. Nie ruszył mnie ani międzyrasowy wątek romansowy, ani wątły humor w typie „facet w damskich kiecach”, ani sekwencje związane z szaleństwem krasnoludzkiego księcia (niestraszne scary slo-mo). Przyznaję, że przy życiu utrzymywały mnie głównie rodzynki tkwiące w tym bezpłciowym cieście – okazyjnie pojawiający się Bilbo, krótkie, bojowe wejście Christophera Lee i Hugo Weavinga, rozkosznie grubiańskie wystąpienie pewnego krasnoluda, cudownie animowany smok.

Nie sądzę, by powyższe narzekania powstrzymały kogokolwiek od przyniesienia Jacksonowi pieniędzy, niezależnie od stojącej za tym czynem motywacji. Ja sama wybrałam się do kina kierowana kompulsywną chęcią zakończenia tej sprawy raz na zawsze, bo raczej nie nadzieją na to, że trzecia „Hobbita” część urwie mi głowę. Zanotowałam zresztą pewną poprawę w stosunku do części drugiej, której nie lubię szczególnie – w zakończeniu trylogii nie ma już właściwie śladu żenujących ukłonów w stronę opowieści dla dzieci. Prawie nie pojawia się makabrycznie infantylny czarodziej Radagast, nie znajdziemy też krotochwilnych scen w rodzaju spływu strumieniem w beczkach. „Bitwa” to wielki, pełen patosu podarunek dla fanów LOTR, nad którym, trzeba to przyznać, ma ona jedną istotną przewagę – zdecydowanie bardziej zwarte zakończenie. Które, miejmy nadzieję, zakończeniem pozostanie na dłużej.

(Visited 15 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>