Adrian Kaczyński

Gra o honor / He Got Game (Spike Lee, 1998)

Gra o honor / He Got Game (Spike Lee, 1998)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Gra o honor” jest poetycką i świetnie opowiedzianą historią czarnego Jezusa autorstwa Spike’a Lee. Traktuje o konflikcie ojcowsko-rodzicielskim z koszykówką w tle, która w latach 90. osiągnęła chyba apogeum popularności. Jednak nie uświadczymy tu wielce widowiskowej gry na parkiecie, zażartych pojedynków, czy efektownych trików rodem z NBA, bo sednem produkcji jest wątek dramatyczny skupiający się na wyborze swojej drogi, spełnianiu marzeń przez młodych ludzi dopiero obierających azymut na odpowiedzialne, dorosłe życie.

Oczywiście cała historia, jak to w kinie blaxploitation, z naciskiem na społeczeństwo afroamerykańskie, które zbyt łatwo nie miało. Spike Lee w „Grze o honor” uzyskał dużą moc dialogu, który nie jest banalny w przeciwieństwie do fabuły filmu, która ostatecznie jednak zyskuje, ale to dopiero po zakończeniu seansu.

Dosyć sztampowa historia dotyczy Jake’a (Danzel Washington) skazanego za zabójstwo oraz syna Jesusa (Ray Allen) – wielkiej nadziei koszykówki, któremu wróży się wielką karierę. W zamian za namówienie syna na pójście na Uniwersytet Stanowy Jake dostaje od gubernatora propozycję skrócenia wyroku. Czarnoskóry koszykarz cierpi jednak na kłopoty bogactwa, bo ofert ma bez liku i każdy wodzi go na pokuszenie na swój sposób. Pokazuje to, że ciężkie jest życie nie tylko poszkodowanych, czy biednych Afroamerykanów, ale dotyczy to też tych utalentowanych, z sukcesów których każdy chce zaczerpnąć coś dla siebie.

Choć z filmu wynika, że imię głównego bohatera zostało nadane na cześć amerykańskiego koszykarza, to wydaje się również biblijną metaforą wybawiciela Jezusa – tyle że w odniesieniu jedynie do czarnej społeczności. Co ciekawe takich odwołań-smaczków można dostrzec jeszcze kilka.

Ciekawostką jest również grający głównego bohatera Ray Allen, który jest zawodowym koszykarzem i na co dzień występuje w NBA, co u mnie spowodowało małę zaskoczenie, bo jak na amatora wypadł bardzo dobrze, zresztą podobnie jak mój ulubieniec Washington, chociaż do tego jestem akurat przyzwyczajony. W sumie magia „Gry o honor” polega na tym, że ten film jest ciekawy i dobry w swojej prostocie, bo pointa filmu pojawiała się w kinie niejednokrotnie. Oczywiście zdjęcia, muzyka są również na wysokim poziomie, a już intro filmu to istne arcydzieło!

(Visited 10 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>