Adrian Kaczyński

Godzilla (Gareth Edwards, 2014)

Godzilla (Gareth Edwards, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Niezwykły, świetny, najlepszy blockbuster roku, podobny do „Pacific Rim”. Po takich rekomendacjach nie mogłem nie sięgnąć po „Godzillę” i ja. Z tych wszystkich nagłówków zgadzał się jedynie ten ostatni, co wcale nie oznacza komplementu. Powiązanie z zeszłorocznym blockbusterem nie jest przypadkowe. W obu produkcjach człowiek staje do walki z olbrzymich rozmiarów wytworem natury, którego nie są w stanie okiełznać. U del Toro przynajmniej było można popatrzeć na widowiskowe pojedynki gigantów, tutaj tego już nie ma, więc jeśli ktoś liczył na to samo będzie zdecydowanie rozczarowany.

Swoją drogą ktoś wpadł na genialny pomysł na łatwe zarabianie hajsu. Odświeżenie kultowego gada, który na ekranach kin dawno nie gościł, z pewnością zapędziło do kina tabuny wielbicieli Gojiry, w dodatku niezależnie od jakości filmu. Ważne, że sygnowany jest legendarną postacią Godzilli. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że zapowiadane epickie przeżycia to jedynie chwyt marketingowy, podobnie zresztą jak sama Godzilla, której jest tu tyle co… nic.

Widz zamiast podziwiać nowoczesne efekty specjalne i dopracowaną trójwymiarową sylwetkę oceanicznego stwora robiącego megademolkę w największych aglomeracjach świata, musi raczyć się ludzkimi dramatami i rozterkami żywcem z ‚Mody na skuces’. Sztucznie stworzony problem na linii ojciec-syn, utrudniona relacja żona-mąż…Nie dość, że to kompletnie zbędne, to jeszcze przedstawione w bardzo kiepski, sztampowy sposób pozbawiony jakiejkolwiek emocji. Z pewnością nie podsyca to ani ciekawości, ani nie ułatwia wyczekiwania na pojawienie się tytułowego, jakby nie było, bohatera.

Pieniędzy wystarczyło jedynie na finałową scenę? Bo nie sądzę żeby ci aktorzy zażądali jakichś astronomicznych sum za występ w tej produkcji. Zresztą niekorzystnie wypadają nawet ich kreacje aktorskie. Są takie zwyczajne, nijakie i zagrane bez polotu. Carnston nie tak wyrazisty jak w „Breaking Bad”, a Binoche strasznie mdła. W zasadzie nie wiem co może ratować nową „Godzillę”, bo muzyka nawet przemknęła niezauważona, a odpowiadał za nią nie byle kto, bo sam Alexandre Desplat. Po cichu liczyłem, że nowa opowieść o kultowej Godzilli przyćmi amerykańską wersję Emmericha z 1998 roku pełną kiczowatych dialogów i tandetnego humoru.

Przeliczyłem się. Nie dość, że u Emmericha wątek ‚poboczny’ był lepszy, to mimo widocznej tanizny był element rozrywkowy i były jakieś emocje, a tutaj jest ich tyle co na grzybobraniu. Nawet finałowy pojedynek stworów nie rekompensuje w pełni straconego czasu. Przeciętny reżyser = przeciętny film? Azjaci chyba przez długi czas nie będą mieli sobie równych.

(Visited 11 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>