Agata Malinowska

Frank (Lenny Abrahamson, 2014)

Frank (Lenny Abrahamson, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Jak najłatwiej sprzedać film, w którym tytułowa postać obnosi się z wielką głową z papier-mâché? Zareklamować go jako szaloną komedię. Tymczasem komizm „Franka” – bo o nim tu mowa – jest dość gorzki i niejednoznaczny. Trudno, żeby było inaczej. Ta historia grupy offowych muzyków niesie ze sobą treści, o których niełatwo jest mówić w lekki sposób.

Główny bohater „Franka” – Jon – to aspirująca miernota, która mimo ewidentnego braku talentu marzy o tym, by pisać muzykę i zostać gwiazdą. Spotkanie z ekscentryczną grupą The Soronprfbs, która właśnie straciła klawiszowca, jest dla niego jak spełnienie snu. Występuje z nimi na krótkim (i niezbyt udanym) koncercie, potem zaś wraz z całym zespołem wyjeżdża do leśnego domku, by nagrać płytę. Porwany falą entuzjazmu, porzuca niezbyt inspirującą, ale jednak stabilną, pracę. I z optymizmem próbuje oswoić nowy, niesamowity styl życia.

Przez następne dni Jon będzie żył pod dyktando człowieka z papierową głową – dziwaka i mistrza improwizacji, który dla swojego zespołu jest liderem totalnym. Frank reprezentuje sobą wszystko, czym pragnąłby być Jon, z jednym istotnym wyjątkiem – idea tworzenia muzyki, którą można by sprzedać, jest mu całkowicie obca. Wszyscy członkowie The Soronprfbs wydają się uważać tę cechę za jedną z zalet Franka i z satysfakcją spędzają czas, grając rzeczy ostentacyjnie nieatrakcyjne dla mainstreamowych uszu. To znaczy, wszyscy z wyjątkiem jednego.

Jon jest postacią, którą zapewne zostałby Brian Slade z „Velvet Goldmine”, gdyby nie miał talentu. Głodny poklasku, stosunkowo sprawny w dziedzinie promocji, na scenę może wjechać niestety tylko na cudzych plecach. Jedną z gorzkich rozkoszy oglądania „Franka” jest obserwowanie, jak uporczywie Jon nie chce pogodzić się z tym, że jest lichym muzykiem. The Soronprfbs byliby w stanie wybaczyć mu mierność – z pewnością wybacza mu ją Frank – to jednak mu nie wystarczy. Napędzany pragnieniem sławy, chce wyrwać zespół z komercyjnego niebytu, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że ta grupka outsiderów i ludzi z problemami może tego nie przetrwać.

Wiele napisano już o znakomitej kreacji Michaela Fassbendera – jego Frank, skryty za papierowym obliczem, to magnetyczna postać, zarazem łobuzerska, krucha i nieporadna. Gleeson, Gyllenhaal i reszta obsady służą mu w zasadzie głównie jako akompaniament – co zresztą doskonale odzwierciedlone jest na plakatach. Odnajdują się jednak także jako zgrana trupa aktorska, tworząc na ekranie wierzgający, pełen animozji zespół.

Frank” to pewnego rodzaju kuriozum – ni to komedia, ni to dramat, trudno też nazwać go filmem muzycznym. Z pewnością jest bardziej przystępny w odbiorze niż muzyka The Soronprfbs, jest w nim jednak coś uwierającego, co nie pozwala oglądać go z poczuciem komfortu, a po zakończeniu seansu – opuścić fotel w dobrym humorze. To w gruncie rzeczy kino raczej melancholijne, z pewnością jednak wartościowe, wzruszające i prowokujące intelektualnie. Jedno, co z pewnością można wynieść sprzed ekranu – i co warto wziąć sobie do serca zastanawiając się nad obejrzeniem tego filmu – to że Frankowi się nie odmawia.

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>