Mariusz Czernic

Filmy samochodowe

Filmy samochodowe
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Samochody to najbardziej niedoceniani aktorzy filmowi. Są rozbijane i niszczone przez kaskaderów i filmowców, a mało kto pomyśli o tym, by je umieścić w napisach. Znaleźć można nieliczne wyjątki gdy czterokołowy pojazd (najczęściej o kobiecym imieniu) wyróżniony jest w tytule filmu (np. Genevieve, Christine) lub jako członek obsady (Eleanor z 60 sekund Halickiego), ale w recenzjach przeważnie zapomina się o nich, skupiając na aktorstwie oraz reżyserskich i autorskich pomysłach. Historia motoryzacji jest niewiele starsza od historii kina, więc samochody (nazywane w początkowej fazie automobilami lub pojazdami bez koni) pojawiały się w filmach niemal od samego początku, a coraz częściej od 1911, kiedy to zaczęto organizować w Stanach Zjednoczonych coroczny wyścig samochodowy Indianapolis 500.

Za pioniera dramatów wyścigowych można uznać Howarda Hawksa, który w 1932 zrealizował Ryk tłumu z Jamesem Cagneyem. Jeszcze w tym samym roku wytwórnia Warner Bros. zrobiła alternatywną wersję dla Francuzów (z udziałem Jeana Gabina), a w 1939 powstał remake pt. Indianapolis Speedway z Patem O’Brienem. Warto na wstępie nadmienić także o angielskiej komedii Genevieve (1953, reż. Henry Cornelius), w której to czterokołowe, zabytkowe cacka pełniły ważniejszą rolę od aktorów i scenariusza. Lawina rozpętała się w następnej dekadzie, powstały wtedy komedie: Ten szalony, szalony świat (1963) Stanleya Kramera, Wielki wyścig (1965) Blake’a Edwardsa, Kochany chrabąszcz (1968) Roberta Stevensona oraz Ci wspaniali młodzieńcy w swych szalejących gruchotach (1969) Kena Annakina.

Nowatorskim filmem w gatunku jest Grand Prix (1966) Johna Frankenheimera, w którym zastosowano nowoczesne typy kamer, aby sceny rozgrywające się na najsłynniejszych torach Formuły 1 wyglądały imponująco. W efekcie sceny aktorskie i dialogowe wydają się zbędne w tym przydługim filmie. Swoją miłość do samochodów deklarował Steve McQueen, który w Bullicie (1968) prowadził Forda Mustanga w pamiętnej scenie pościgu. Paul Newman również interesował się motoryzacją, uczestniczył w wyścigach, a w filmie Zwycięstwo (1969) zagrał kierowcę, który chce zabłysnąć na słynnym torze Indianapolis Motor Speedway. W brytyjskim i francuskim kinie rozrywkowym solidne marki samochodowe też znalazły swoje miejsce. Trudno przecież sobie wyobrazić przygody Jamesa Bonda bez Astona Martina. Trudno też zapomnieć „wyciskanie cytrynki” (czyt. szaloną jazdę Citroënem) w cyklu o żandarmie z Saint-Tropez. W latach 70. można było już mówić o podgatunku carsploitation, powodzeniem cieszyły się także filmy drogi (road movies), np. Znikający punkt (1971) z Dodgem Challengerem w roli głównej, które stały się emblematem czasów kontrkultury, manifestem wolności i symbolem prawdziwego kultu. W filmach na temat wyścigów chodzi najczęściej o rywalizację, kto pierwszy ten lepszy, ale ja nie będę dziś decydować, kto zasługuje na palmę pierwszeństwa. Wyróżniłem osiem filmów z samochodami na pierwszym planie, możliwe że żaden nie zasługuje na złoty medal, ale w każdym akcja toczy się błyskawicznie, samochody pracują na najwyższych obrotach, a realizatorzy prezentują wyższą szkołę jazdy. Ci, którzy są jednocześnie pasjonatami kina i motoryzacji powinni być wniebowzięci.

Czekam w Monte Carlo
(1969 / 90 minut)
reżyseria: Julian Dziedzina
scenariusz: Jerzy Suszko, Bohdan Tomaszewski

Czekam W Monte Carlo
W lutym tego roku, w wieku 93 lat, odszedł Bohdan Tomaszewski, dziennikarz sportowy, komentator, reporter radiowy, znawca tenisa. Wraz z Jerzym Suszko napisał scenariusze do dwóch filmów Juliana Dziedziny: Bokser (1966) i Czekam w Monte Carlo (1969). Monte Carlo jest stolicą hazardu, a także miejscem gdzie znajduje się meta rajdów samochodowych. Uczestniczenie w takich sportowych zawodach można przyrównać do niebezpiecznej gry hazardowej – można zdobyć puchary, pieniądze i sławę, ale by wejść do gry trzeba postawić na szali swoje zdrowie i życie. Rajd samochodowy różni się od wyścigów tym, że rywalizują dwuosobowe załogi, składające się z kierowcy i pilota. A co jeśli obaj zawodnicy z jednej drużyny są kierowcami i mają ambicje by wygrać? Wtedy musi dojść do konfliktu, tak jak w filmie Dziedziny. Samochody nie zawodzą, ale ludzie i ich wielkie ambicje bywają zdradzieckie i zgubne. Kto wygra: Polacy, Anglicy czy Szwedzi? Renault Gordini, Morris Mini Cooper czy Volvo? Film realizowano w Krynicy, Szczyrku i Zakopanem. Produkcja nie najlepsza pod względem scenariusza, dialogów czy aktorstwa, może znudzić współczesnego odbiorcę. Obecne są tu pozakadrowe wtrącenia, typowe dla filmów dokumentalnych i sprawozdań komentatorskich. Z pewnością warto poświęcić czas, bo jest to być może jedyny polski film fabularny o tematyce rajdowo-wyścigowej.

Le Mans 
(1971 / 106 minut)
reżyseria: Lee H. Katzin
scenariusz: Harry Kleiner

Le Mans

Oprócz wyścigów samochodowych Steve McQueen uwielbiał ścigać się na motocyklach i tej pasji dał wyraz uczestnicząc w realizacji filmu dokumentalnego On Any Sunday (1971, reż. Bruce Brown). W tym samym czasie pracował też przy fabule dotyczącej zawodów we francuskim mieście Le Mans. Ten znany z Bullitta aktor, podobnie jak Clint Eastwood, wielokrotnie wykreślał swoje kwestie ze scenariusza, bo uważał, że lepiej gra gdy mało mówi. W związku z powyższym w filmie Lee Katzina dialogi zostały ograniczone do minimum. Atrakcją są sceny z udziałem sportowych samochodów. Grany przez McQueena Michael Delaney walczy o zwycięstwo z niemieckim mistrzem kierownicy Erichiem Stahlerem. Walka o najważniejsze trofeum rozegra się pomiędzy ekipą Porsche i Ferrari. Kierowcy spróbują stanąć na wysokości zadania, zmierzą się z własnym strachem i innymi słabościami. Wciskając gaz do dechy nie tylko wyprzedzą przeciwników, ale i przekroczą granice wytrzymałości. To pojedynek na śmierć i życie, o czym twórcy przekonują już na początku – główny bohater pamięta tragiczny wypadek sprzed roku, któremu uległ jego rywal. Wdowa po nim też toczy dramatyczną walkę z przeszłością, powraca na tor w Le Mans, by dopingować zawodników. Film dość standardowy i przewidywalny, ale i tak jest to jeden z najlepszych dramatów wyścigowych jakie nakręcono. Wzór dla tego typu kina. Scenariusz nie wymagał wiele od aktorów, ale McQueen jest na tyle przekonujący, że sprawia wrażenie jakby grał siebie.

Biała błyskawica
White Lightning (1973 / 100 minut)
reżyseria: Joseph Sargent
scenariusz: William Norton

White Lightning (1973

Burt Reynolds jako mistrz kierownicy? To pewnie chodzi o komedię Smokey and the Bandit (1977). Otóż, niekoniecznie. Reżyser tej komedii Hal Needham pracował już wcześniej z Reynoldsem przy filmie sensacyjnym Biała błyskawica, gdzie pełnił funkcję kaskadera-kierowcy i zarazem dublera głównego wykonawcy. W realizacji filmu uczestniczyli także inni znani kaskaderzy: Buddy Joe Hooker i Glenn Wilder. Tytułowa błyskawica to nie samochód lecz whisky – towar jaki wozi grany przez Reynoldsa antybohater. Skazany na ciężkie roboty więzień zawiera układ z władzami federalnymi. Ma znaleźć dowody przeciwko szeryfowi, który prowadzi nielegalny handel alkoholem i unika płacenia podatków. Za to można go skazać, lecz ów szeryf ma poważniejsze grzechy na sumieniu – zabił bowiem brata głównego bohatera. I teraz brat zabitego spróbuje się zemścić. Pomoże mu w tym brązowy sedan marki Ford. Czarnym charakterem jest Ned Beatty, który ledwo się rusza ze swoją tuszą, a jednak mamy uwierzyć że jest groźny. Ja nie uwierzyłem, jak również w to, że Reynolds przejął się śmiercią brata i pragnął zemsty. Nie oznacza to jednak, że film jest zły. Po prostu nie należy oczekiwać czegoś więcej niż czysto rozrywkowej produkcji z dobrze nakręconymi scenami akcji. Burt Reynolds wyreżyserował potem sequel tego filmu pt. Gator (1976) – tytułem jest imię czołowej postaci.

60 sekund
Gone in 60 Seconds (1974 / 105 minut)
scenariusz i reżyseria: H.B. Halicki
Gone In 60 Seconds (1974

Tytuł jest dziś znany, bo dla młodszego pokolenia w 2000 roku przygotowano remake z Nicolasem Cage’m i Angeliną Jolie. Nowa wersja jest bardziej przystępna i lepiej zrealizowana oraz cechuje się lepszym aktorstwem i atrakcyjniejszym scenariuszem. Ale czy w ostatecznej konfrontacji wygrywa z pierwowzorem? Raczej nie. Wyścigu nie wygra przecież atrakcyjniejsze auto, tylko ten kierowca, który wykaże ogromne zaangażowanie, skłonność do brawury i ryzyka. Dzieło Halickiego jest jedyne w swoim rodzaju, zrodziło się z pasji i szaleństwa, zrobione jest z energią i polotem, a remake powstał dla kasy i jest tylko przeciętniakiem jakich wiele. Oglądając oryginał można szybko się zrazić, bo pierwsza połowa przepełniona jest nudnymi dialogami, ale druga rekompensuje nam te chwile słabości. 40-minutowy pościg samochodowy czyni z tego filmu wspaniałe widowisko dla fanów motoryzacji. Skasowano 93 samochody, więc trudno uwierzyć aby była to produkcja niskobudżetowa nakręcona przez amatorów. Reżyser pomyślał o tym, by w czołówce wyróżnić Eleanor – żółtego Forda Mustanga z czarnym pasem na masce. Tę rolę zagrały trzy pojazdy, ale tylko jeden przetrwał okres zdjęciowy. Właściwie o czym jest ten film? Opowiada o grupie złodziei samochodów, której szef (grany przez autora filmu) ma taką zasadę, by nie okradać nieubezpieczonych właścicieli. Dostaje on bardzo trudne zlecenie – wraz z ekipą ma w krótkim czasie ukraść 48 luksusowych aut. Przekaz filmu jest prosty i jakże trafny: „Zamykaj swój samochód, bo może zniknąć w 60 sekund” („Lock your car or it may be gone in 60 seconds”).

Dirty Mary, Crazy Larry
(1974 / 93 minuty)
reżyseria: John Hough
scenariusz: Leigh Chapman, Antonio Santean na podst. powieści Richarda Unekisa The Chase

Dirty Mary, Crazy Larry

Tytuł jak z kiepskiej piosenki, która pretenduje do miana przeboju wszech czasów. Mary Larry to kino złożone z klisz wykorzystanych już z lepszym skutkiem w filmach Bonnie i Clyde (1967), Znikający punkt (1971) i Ucieczka gangstera (1972). Oglądając ten obraz ma się wrażenie, że reżyser był tu takim kierowcą, który chciał mocniej przycisnąć gaz i trochę bardziej zaszaleć, ale siedzący obok producent powstrzymywał go, a może nawet sam wciskał hamulec. W efekcie tego mamy film z niewykorzystanym potencjałem. Fabuła aż się prosiła o podkręcenie tempa i dodanie kilku mocniejszych scen. Ale nie jest źle, bo jest to kino nakręcone na tyle sprawnie, że wciąga, aktorzy zaś budzą sympatię. Peter Fonda dobrze zaprezentował się jako kierowca, aktorsko lepiej wypadła Susan George, najbardziej znana ze znakomitego występu w Nędznych psach (1971) Sama Peckinpaha. W roli Dirty Mary jest prowokacyjna i zwodnicza, irytuje bohaterów filmu, ale nie widza. Fabuła jest prościutka: po dokonaniu kradzieży dwóch przestępców wsiada do auta i mknie przez kalifornijskie bezdroża, uciekając przed zawziętymi gliniarzami. Zaskakujący jest finał. Co z tego, że podobny do innego kultowego dzieła (nie podaję tytułu, by nie spojlerować). Gdyby finał był inny to byłby podobny do innego filmu. Bo widzowie lubią porównywać. Aha, zapomniałbym jeszcze wspomnieć o pojazdach mechanicznych biorących udział w pościgu. Są to niebieski Chevrolet Impala i żółty (albo jasnozielony) Dodge Charger.

Wyścig śmierci
Death Race 2000 (1975 / 80 minut)
reżyseria: Paul Bartel
scenariusz: Robert Thom, Charles Griffith na podst. opowiadania Iba Melchiora The Racer
Death Race 2000

Na początku lat 70. Roger Corman porzucił reżyserię, by w swojej firmie New World Pictures wspierać projekty młodych zapaleńców. Jednym z nich był Paul Bartel. Nie był on wówczas totalnym amatorem, podczas studiów na Uniwersytecie Kalifornijskim kręcił animacje i dokumenty, potem studiował w Rzymie, a jego film dyplomowy trafił na festiwal w Wenecji. Współpraca z Cormanem nie ułatwiła mu kariery, do końca pozostał znany z jednego filmu, Wyścigu śmierci 2000. Jest to zwariowana opowieść o brutalnym sporcie przyszłości – wyścigach samochodowych, podczas których zdobywa się punkty nie tylko za szybkość i styl, ale przede wszystkim za rozjeżdżanie pieszych (za starców jest najwięcej punktów). Corman chciał z tego zrobić poważną dystopijną opowieść o przemocy, ale scenarzyści i reżyser widzieli w tym pomyśle materiał na szaloną farsę. Mimo wylewającego się z ekranu kiczu, karykatury i comic reliefów udało się stworzyć ciekawą satyrę krytykującą z dużą dozą sarkazmu głupotę mediów, totalitaryzm oraz społeczeństwo przyzwalające na czynienie zła. Pod fasadą głupawej rozrywki udało się ukryć interesującą refleksję o przemocy. W rolach głównych David Carradine, Sylvester Stallone (pierwsza ważna rola) i śmieszne auta zmajstrowane na potrzeby filmu przez kreatywnych konstruktorów i mechaników. To wszystko mogło nie wystarczyć, by zainteresować publiczność, dlatego dodano jeszcze sceny z nagimi kobietami. W 2008 Paul W.S. Anderson stworzył remake tego filmu z Jasonem Stathamem w czołowej roli. Nie oferował on już takiej zabawy, ale był niezłym filmem sensacyjnym.

Kierowca
The Driver (1978 / 90 minut)
scenariusz i reżyseria: Walter Hill

The Driver (1978)

Po sukcesie debiutanckich Ciężkich czasów (1975) Walter Hill mógł kręcić jakikolwiek film, więc z myślą o Stevie McQueenie napisał historię świetnego kierowcy, który za odpowiednią opłatą pomaga rabusiom uciec z miejsca przestępstwa. Hill pracował już wcześniej z McQueenem (jako scenarzysta Ucieczki gangstera), ale jako reżyser nie mógł niestety pracować z gwiazdami z tzw. pierwszej ligi (pewnie dlatego, że jego scenariusze przypominały kino klasy B). Ryan O’Neal i Bruce Dern nie byli magnesem przyciągającym publiczność. To sceny pościgów i piękne auta (Ford Galaxie, Pontiac Firebird, Chevrolet z nadwoziem typu pick-up) trzymają widza przed ekranem od początku do końca. Ludzie tak jak i samochody nie mają tu imion. O’Neal jest taki, jaki powinien być dobry kierowca – spokojny i opanowany. Dern jest taki, jaki nie powinien być dobry detektyw – obsesyjny i nerwowy. Isabelle Adjani odgrywa pokerzystkę z kamienną twarzą – jest tajemnicza i elektryzująca. I choć obraz Hilla, ze względu na kapitalne sceny pościgów, przypomina inne filmy samochodowe z lat 70. to reżyser więcej czerpał z estetyki kina noir, a cyniczni bohaterowie przywodzą na myśl twardzieli z obrazów Hawksa i Walsha. Współcześni filmowcy Luc Besson, Quentin Tarantino i Nicolas Winding Refn z pewnością mają film Hilla wśród ulubionych i sami też stworzyli opowieści o stunt driverach (Transporter, Death Proof, Drive).

Wyścig
Rush (2013 / 123 minuty)
reżyseria: Ron Howard
scenariusz: Peter Morgan

Rush (2013)

Ron Howard to solidny fachowiec i realizacja zawsze stoi u niego na wysokim poziomie. A jednak te filmy szybko ulatują z pamięci i ponowny seans niewiele pomaga. Wyścig to bez wątpienia jego najwybitniejsze osiągnięcie. Doskonałe technicznie, z masą kapitalnych scen, świetnych dialogów i wybornym aktorstwem. Z obsady najlepszy jest Daniel Brühl odgrywający rolę Nikiego Laudy, austriackiego mistrza Formuły 1. Duże brawa dla scenarzysty Petera Morgana za nakreślenie relacji między Laudą i jego rywalem Jamesem Huntem. Austriak był bucem, Brytyjczyk hulaką, obu łączyła ambicja bycia najlepszym. Psychologiczny portret dwóch legendarnych kierowców jest równie ciekawy jak współzawodnictwo na torach F1. Międzyludzkie relacje budzą równie wielkie emocje co walka o Grand Prix. Film może się spodobać każdemu, nie tylko fanom wyścigów. Na pochwałę zasługuje odtworzenie realiów lat 70. i klimatu ekscytującej rywalizacji sportowej. Wykorzystano pojazdy z tamtej dekady, np. Ferrari i McLarena, a także czarną Lancię 2000, którą Niki Lauda mknie prowincjonalnymi dróżkami, by zaimponować dziewczynie.

(Visited 36 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>