Michał Vorbrodt

Filmy postapokaliptyczne

Filmy postapokaliptyczne
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

W głębokim poczuciu niepewności odczuwam satysfakcję. Muzyka chaosu to motywujący mnie stymulator. Im mroczniej i głośniej, tym lepiej. Trzeba być złym i iść szybko przed siebie. Ze zmarszczonymi brwiami, zaciśniętymi pięściami. Sytuacja jest tragiczna, a będzie tylko gorzej. Na razie Gibson jest najbliżej prawdziwej wizji przyszłości, choć Lem z Kongresem Futurologicznym, Dick z Blade Runnerem (inspiracją dla Łowcy androidów Ridleya Scotta) i Dukaj z Czarnymi oceanami byli równie blisko. Skąd jednak ten pesymizm? Bardzo proszę, wyjdź i się rozejrzyj. Świat nie jest piękny, jest szorstki w dotyku i niebezpieczny. Spłyniemy we własnych fekaliach ściekami wszechświata w egocentrycznym przekonaniu swojej wielkości. Ale człowiek to istota krucha duchowo i fizycznie, a te filmy to uzmysławiają. Witaj w rzeczywistości, w której słowo postęp to tyle co zagłada, a symbolem technologii może równie dobrze zostać nabój 7,62 mm – potencjał i zabójczość.

Dzisiaj przedstawię dzieła filmowe, które najlepiej oddają tę złość i zobojętniałość, z własną wizją w tle. Wszystkie niemal są smutnymi, zachmurzonymi dramatami z brązowo-szarymi filtrami (lista nie obejmuje filmów zafascynowanych kosmosem i inwazjami obcych inteligencji, bo to, w moim mniemaniu, osobny nurt filmowy). Nie dziwota, skoro większość opiera się prawdopodobnie na autentycznych zdjęciach z Czarnobylu. To miejsce, gdzie miała miejsce prawdopodobnie największa katastrofa jądrowa na świecie. Współcześnie oczywiście, bo tylko nasze pokolenie jest na tyle rozwinięte, żeby jednym przyciskiem zmieść rasę ludzką z powierzchni Ziemi.

Filmy jednak nie są o tym. One traktują o rezultacie podobnego wydarzenia. Miejmy nadzieję, że faktycznie człowiek jest jak karaluch i przetrwa najgorsze, pozostając na tej planecie. Tylko po co? Czy to świat, w którym warto pozostać? Postapokaliptyczne dzieła wszelkiej maści (jak również gry komputerowe takie jak S.T.A.L.K.E.R czy Fallout) skupiają się na prognozowaniu. Co by było gdyby? Jak wyglądać będzie człowiek? Czy jest w tym świecie miejsce na humanizm, czy już tylko zezwierzęcenie? A w końcu, czy w ogóle zasługujemy by na nim pozostać?

6. Księga ocalenia (Stany Zjednoczone 2010) – reż. Albert i Allen Hughes

Księga ocalenia

Na samym końcu listy, ponieważ choć klimat jest właściwy to mocno amerykańskie podejście w realizacji filmu odbiera przyjemność z odbioru. Tak wygląda, moi drodzy, skomercjalizowany temat postapokalipsy. Biedny człowiek przemierza pustynie w niewiadomym celu. Nie wiadomo nawet czy jest dobry czy zły, wiemy tylko, że mimo siwych włosów na karku radzi sobie z przeciwnikami w dużej przewadze liczebnej. Przyświeca mu jakaś idea, najprawdopodobniej religijna i nic go nie powstrzyma. Po drodze na pewno trafi na ponadprzeciętnie ładną niewiastę i będzie motyw miłosny. Czy to w relacji ojciec-córka, czy jako kochankowie.Cechą każdego filmu postapokaliptycznego jest silne wzorowanie się na Mad Maxie. Mad Max jest ze wszystkim porównywany i każdy o nim mówi. Nic dziwnego, bo to pionier, cała trylogia zresztą. Były oczywiście wcześniejsze próby podjęcia tematu, jak chociażby Planeta Małp czy genialne THX 1138, ale dopiero australijski postapokaliptyk ustalił zasady.

Bohater ma mieć futurystyczną powierzchowność: skóra, płaszcz i zdezelowany środek transportu, ale najlepiej zmodyfikowany potwór na kółkach. Musi być samotnikiem, który prędzej czy później stanie w pojedynku z grupą trzymającą władzę. Charakter filmu mocno westernowy, we współczesnym wydaniu nastolatka w okresie buntu. Nie każdy się kurczowo trzyma tych wytycznych, ale ducha Mad Maxa czuć w każdej produkcji.Jeśli idzie o Księgę ocalenia, to moje uczucie są mieszane. Tak wiele jak mi się podobało, tak wiele mnie również odstręczało. Weźmy na przykład sceny pojedynków. Oczekuję surowego realizmu, dostaję odgrzewanych Wachowskich z kiepską choreografią. Motyw miłosny jest oczywisty jak to, że słońce wstaje raz na dzień, a ciemny charakter, grany przez Garego Oldmana, którego bardzo lubię, to niestety chodząca groteska.

Twórcy mieli dobre intencje, ale wyszło jak zwykle. Hajs się zgadza, to jest najważniejsze. W takim razie dlaczego, do cholery, się tu znalazł? To proste – arsenał filmów postapokaliptycznych nie jest tak wielki, a ja również poznałem jego ułamek. Księga ocalenia była promowana, więc wpisała się na stałe w historię kina nie przez jakość, ale przez zasięg. Nic złego się nie stało, bo film nie nudzi, nie zawodzi i w większej części nie żenuje (oprócz fragmentów z Garym Oldmanem – nie twoja wina, każdemu może się zdarzyć).

5. Hardware (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania 1990) – reż. Richard Stanley

Hardware

Tak wiele emocji wzbudził we mnie, że nie wiem od czego zacząć. Może od ciekawostki? Postać tajemniczego stalkera, Gniewnego Boba, zagrał Iggy Pop. Dzięki Iggy za bycie absolutnie wdechowym. Natomiast odtwórca głównej roli, Dylan McDermott, wygląda jakbyś skądś go znał, ale nie – on nie grał w niczym, co widziałeś, taka twarz po prostu.To połączenie nastroju VHS z filmem amatorskim, gore i w końcu sci-fi. Dzieje się wiele, a jednocześnie nic, bo film w drugiej połowie zamyka nas na klucz w mieszkaniu Jill, artystki produkującej mechaniczne rzeźby. Jedna z nich otrzymuje mózg nieudanego projektu wojskowego, którym jest żądny krwi robot. I już. Jest film, jest akcja, krew się nie leje, bo tryska.

Mamy miejsce na scenkę erotyczną, amerykańskiego złodupca, czyli prawdopodobnie-byłego-żołnierza-teraz-renegata i kilka scen walki na śmierć i życie.Kpię oczywiście, to mój tlen. Nie trzeba nic więcej. Produkcja znakomita, idealnie oddająca nurt. Kilka scen ironicznych wyważa momenty thrillera. Użyto znakomitej muzyki Ministry i zaprojektowano przerażającą mechaniczną czaszkę. Hardware jest tak nisko w zestawieniu, bo okropnie zalatuje kinem klasy B. Jednak fan klimatu postapokaliptycznego nie może przejść obok niego obojętnie.

4. Jestem legendą (Stany Zjednoczone 2007) – reż. Francis Lawrence

Jestem Legendą

Nie znoszę się za to, że uwielbiam ten film. Używał niesprawiedliwych zagrywek, aby zaskarbić sobie zwolenników, ale mimo wszystko wyszedł obronną ręką. Zacznijmy od początku. Will Smith. Nie jestem jego fanem, raczej nie będę, ale zagrać człowiek umie. Znakomicie rozumie swoją rolę, wchodzi w nią i interpretuje z wyczuciem. Ma niezwykłą intuicję aktorską. Rzecz druga – umiłowanie amerykanów do niszczenia swoich największych miast i symboli w filmach katastroficznych w celu przestrogi, objawia się i tutaj. Odpowiedź na ciekawość o tym „jak wyglądałby zniszczony, postapokaliptyczny Nowy Jork” jest tu zawarta ku uciesze publiki. Prosta sprawa, czysty PR. Rzecz trzecia, czyli burza mózgów wśród scenarzystów na temat tego co zrobić, aby film był bardziej ckliwy, a główny bohater obdarzony większą sympatią. Dać mu psiego przyjaciela. Wszyscy kochają psy. A scena mniej więcej w połowie filmu, w której piesek przez chwilę jest w centrum wydarzeń (powstrzymam się od spoilerów), złapie nawet za serce z kamienia. I puf, tak rośnie ocena na IMDB.

Jestem legendą jest jednak magiczny. Świeży, ze znakomitymi efektami specjalnymi i dobrym scenariuszem. Historia wydawać by się mogło powtarzana, ale z zupełnie nowym podejściem. Kupuję to. Podoba mi się, że film chwyta mnie za serce i to, że ma w miarę szczęśliwe zakończenie. Robi to dobrze, z wprawą właściwą zachodnim produkcjom. Pozostaje jednak przy tym bardzo pesymistyczny i poczucie fatalizmu nie opuszcza nas do końca. Czyli nie traci charakteru. 

3. Droga (Stany Zjednoczone 2009) – reż. John Hillcoat

Droga

Film złapał mnie z opuszczoną gardą. Spodziewałem się postapokaliptycznej papki amerykańskiej, a dostałem lewy prosty z silnych emocji, tak silny, że trudno mi było uwierzyć w to, co widzę. Dlatego polecam nie oglądać zwiastuna, po prostu nie jest w stanie oddać nastroju filmu.Czyli przede wszystkim realizmu. Wierzę w to, że człowiek postapokaliptyczny żyje z przemieszczania się, jak ludy pierwotne. Tym właśnie jest zagłada nuklearna – redukcją do pierwszego poziomu, do czasów szanowania ognia i zdobywania pożywienia przy pomocy ostrych narzędzi. Jest to podróż mozolna i wyczerpująca, a spotkane na swojej drodze osoby należy traktować z największą dozą nieufności. Każdy jest jednocześnie drapieżnikiem i zwierzyną, w tym zaburzonym ekosystemie, gdzie człowiek człowiekowi dosłownie wilkiem.

Przemierzanie połaci asfaltu powoli zarastanego przez upartą roślinność brzmi może poetycko – i bywa – ale kto grał chociaż przez dwie godziny w S.T.A.L.K.E.R.’a wie jak bardzo niebezpieczne są pustkowia. Kojarzone tylko z niebezpieczeństwem, otaczających ze wszystkich 360 stopni. I taki właśnie nastrój przekazuje reżyser. Głęboki niepokój, brak zaufania. Wszywa nas w skórę płochliwego, zaszczutego psa, który panicznie reaguje na każdą istotę ludzką. Tacy właśnie są ludzie w tym świecie. Jedni jak krwiożercze wilki, inni jak kundle z podkulonymi ogonami.Smutek i odraza przychodzi w coraz silniejszych dawkach aż eksploduje w nabudowanej nieufności, a widz siedzi w fotelu i czuje się potwornie. To nie historia o wymyślonych kreaturach, ani przejaskrawionych psychopatach, tylko o człowieku takim jak ty czy ja. Rzucony w specjalne okoliczności zachowywałbyś się tak samo. Słowo wrażliwość i empatia zniknęłaby jak zmieciona falą uderzeniową. Niebo stałoby się brązowe, a twoja twarz szara. Przykre, ale prawdopodobne.Same superlatywy, więc dlaczego dopiero trzecie miejsce? Ponieważ wyżej (poniżej) są dzieła geniuszy.

2. Rover (Australia 2014) – reż. David Michôd

Rover (2014) - reż. David Michôd

Zupełna niespodzianka. W życiu nie słyszałem o tym reżyserze. Raczej rzadko mam do czynienia z kinem australijskim. A tu siup! Film jak spontaniczny wypad na imprezę, która kończy się znakomitą zabawą i samymi dobrymi wspomnieniami.Nie potrzeba kontekstu, bo obraz mówi sam za siebie. Zakurzona knajpa, kilka spoconych twarzy, cisza. Nagle akcja zwala na się na widza jak dachujący samochód wlatujący w kadr. Również bez argumentacji bohater rzuca się w pościg za skradzionym autem z milczącą dezaprobatą. Nie wiem dlaczego, ale nagle jesteśmy w środku ogromnie stresującego, lecz dość biernego pościgu. Sytuacja jest obca, jakby nieludzka. Wszyscy zachowują się niezręcznie i wrogo, ale z uderzającą obojętnością. Wygrażanie naładowanym rewolwerem jak wykłócanie się o miejsce w tramwaju – codzienna wrogość nie odbiegająca od normy. Poczucie głębokiej mizantropii pogłębia jeszcze trudny do zdefiniowania związek między głównymi bohaterami. Łączy ich wspólna destynacja i naprawdę nic więcej. Nie pozwalają sobie na więcej, może nie chcą. Podróżując z nimi po bezdrożach postapokaliptycznej Australii powoli zaczynamy rozumieć dlaczego.

Nieznany jest nam cel całej wyprawy, aż do ostatniej sceny. Jest nawet punkt kulminacyjny, ale marazm filmu nie pozwala na większe rozczulanie się. Kilka rzeczowych ujęć i napisy końcowe. I ten nastrój przeprowadzono z takim wyczuciem, że gotów jestem uwierzyć w jego autentyczność. Tego świata, który jest przerażająco cichy i odrętwiale niebezpieczny. Pytanie „po co więc żyć?” jest zawsze nie na miejscu, ale nie opuszcza przez cały seans.

1. Mad Max (Australia 1979) – reż. George Miller

Mad Max

Absolutny, ostateczny, pionierski. Ten film był pierwszy, nawet nie jeśli nie był nim w ogóle. Nie interesuje mnie to, był nim dla mnie. Tam narodziła się postapokalipsa. Od tego filmu wszystkie inne wychodzą, na nim się opierają. Przedstawia ostateczny obraz samotnika. Widzimy historię, w której dojrzewa ten gorzki charakter bez skrupułów i nie mamy wątpliwości, że to świat postapokaliptyczny, pomimo, że to nie jest oczywiste. Szczątki administracji i organizacji społecznej znikają na bezkresnych drogach, pełnych renegatów i recydywistów, które Max przemierza z zawiścią.

Zanim przemierza to kocha i opiekuje się. Ale sytuacja niezależna od jego woli rozrywa jego życie na strzępy. Fatalizm wiszący jak czarna chmura to przecież cień nurtu postapokaliptycznego, który wykrystalizował się w drugiej części. Pierwszą część Mad Maxa można traktować jako prolog, ale głównym wątkiem jest znieczulenie emocjonalne, dokładnie takie, jak w reszcie tej części zestawienia. Pozostałymi są samotność i nierówna walka, jak w pozycjach z pierwszej części zestawienia. Pionier wypisz wymaluj.Jak w wielu filmach, główny aktor w dużej części kreuje ten obraz. Gibson to młody facet demolka. Zimna nienawiść to znak rozpoznawczy tego filmu. Jego temperament ożywia akcję, nie pozostawiając wątpliwość kto gra pierwsze skrzypce. Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o roli drugoplanowej, czyli Interceptorze, którym jest Ford Falcon XB Coupe. To jeden z filmowych duetów, w których drugą rolę gra samochód. To czyni dla mnie film doskonały. Maszyna nie przyćmiewa zupełnie fabuły (jak miało to miejsce w Nieustraszonym), będąc wiernym jak pies kompanem, nic poza tym.

Przewrotne zestawienie, mające na czele film nie do końca postapokaliptyczny, wyłoniło najlepszych przedstawicieli nurtu. Nurtu, którego nie polecam każdemu, ze względu na swój charakter. Lubię czasami zostać unurzany w błocie cywilizacji, co nie każdy musi lubić. Kąpiel taka bywa jednak pocieszająca. Jeszcze nie jest tak źle. Jeszcze nie wszyscy musimy walczyć o życie z każdym napotkanym człowiekiem, a wody i benzyny jeszcze nie brakuje. Niech będzie to jednak przestrogą. Jakkolwiek nastrój postapokalipsy w wydaniu S.T.A.L.K.E.R’owskim może być atrakcyjny, to przekaz jaki za sobą niesie jest ze wszech miar defetystyczny. Róbmy tak dalej, a przyjdzie nam przemierzać wyludnione stepy z licznikiem Geigera w jednej ręce, a rewolwerem w drugiej. Za bardzo się tutaj rozgościliśmy i upominający pstryczek w nos może się okazać aktem masowej selekcji naturalnej. Tylko patrz.

(Visited 46 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>