Agata Malinowska

Dorian Gray (Oliver Parker, 2009)

Dorian Gray (Oliver Parker, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Portret Doriana Graya” źle prezentuje się na filmowej taśmie. Żadna z kilkunastu ekranizacji nie zapisała się w historii kina ani masowej pamięci. Nie zrobi tego zapewne i najnowsza, która dopiero wkracza na polskie ekrany. O ile ponadczasowość samej powieści nie może być kwestionowana, bo nadal czyta się ją znakomicie, o tyle jej przydatność jako pożywki dla kina zaczyna budzić wątpliwości. Być może filmowy Dorian nie trafił jeszcze na swego Basila Hallwarda. A może Oscar Wilde napisał jedną z wielu książek, które aktywnie bronią się przed ekranizacją.

Nie da się bowiem ukryć, że spora część czaru roztaczanego przez „Portret” kryje się w charakterystycznym pisarskim stylu. Stylu, który nie należy do zwięzłych, który prowadzi akcję jakby od niechcenia, chętniej koncentrując się na błyskotliwych uwagach i efektownych zdaniach. „Portret Doriana Graya” przypomina nieco salonową rozmowę, prowadzoną w nikłym stopniu po to, by podzielić się plotkami, a w znacznie większym – by popisać się elokwencją i zaprezentować własną interesującą osobowość. Pełno w nim rozwlekłych dialogów, które świetnie nadają się na deski teatru, ale już nie do kina, oraz opisów duchowych rozterek. W efekcie całą książkę, nad którą tak rozkosznie spędza się czas, można by streścić w ciągu pięciu minut, gdyby ktoś oczywiście chciał postąpić z prozą Oscara Wilde w sposób tak wulgarny. Nie trzeba dodawać, że takiej właśnie wulgarności wymaga wykonanie adaptacji. Przenosząc historię na ekran, tracimy cały urok stylu, zyskując możliwość wykorzystania bogatych środków filmowego medium. Leniwe, inteligentne i złośliwe pióro Wilde’a najwyraźniej bardzo trudno jest zastąpić.

Załóżmy jednak, że udałoby się jakoś zrekompensować tę stratę. Skoro Kubrick poradził sobie z „Mechaniczną pomarańczą”, zachowując w dodatku w dialogach część kosmicznej burgesowskiej nowomowy, może trafić się jakiś opatrznościowy reżyser-dandys, który zachowa się wobec „Portretu” odpowiednio elegancko. Stanęłyby wówczas przed nami inne problemy, zaszyte w samej istocie tej historii. Wilde napisał niegdyś, że prawdziwie bogate dzieło sztuki potrafi, poza swoją obiektywną wartością, jaką jest piękno, pełnić również rolę moralnej przypowieści. Niestety o ile „Portret” sprawdza się bardzo dobrze jako przyjemność estetyczna, o tyle w jego wymowie etycznej, a to ona jest z reguły podkreślana w scenariuszach, znajdzie się parę fałszywych tonów, które rujnują jego fabularną wiarygodność.

Dla przypomnienia lub szybkiego wprowadzenia w temat – głównym bohaterem tej historii jest niezwykle przystojny młody człowiek, tytułowy Dorian Gray, w którym durzy się uzdolniony malarz, Basil Hallward. Przyjacielem Basila, a później i Doriana, jest Henry Wotton, rozkosznie amoralny i elokwentny. Wszyscy trzej spotykają się przed portretem Doriana, świeżo namalowanym przez Basila. Pod wpływem rozmowy z Wottonem, który uświadamia mu ulotność młodości i piękna, Dorian wyraża pragnienie, by portret starzał się i brzydł zamiast niego. Życzenie zostaje spełnione, Dorian zaś, pod wpływem hedonistycznych, uwodzicielskich teorii Wottona, poświęca całe swoje siły efemerycznej sztuce przyjemności. Wszystkie rezultaty cielesnych i duchowych rozkoszy, oraz oznaki starości, uwidaczniają się na obrazie, skrzętnie ukrytym na strychu. Portret staje się dla Doriana odpowiednikiem sumienia i obrazem jego moralnego upadku.

Dorian Gray (Oliver Parker, 2009) s

Pomijając chwilowo śmieszną już dzisiaj sugestię, jakoby złe uczynki (poza nałogami i wstydliwymi chorobami związanymi z seksualną rozpustą) mogły uwidaczniać się w wyglądzie zewnętrznym, w/w moralny upadek zostaje przez Wilde’a potraktowany nieco po macoszemu. Oczywiście napotykamy wzmianki o zrujnowanej reputacji Doriana i jego znajomych. Ale też autor „Portretu”, chociaż doceniał możliwość błyszczenia na salonach, którą zapewniała przecież właśnie reputacja, do wiktoriańskiej moralności odnosił się bez wielkiego szacunku. I nie mógł lub nie chciał tego ukrywać opisując losy Doriana. Przeciwnie wręcz, z sympatią odniósł się do nieskrępowanej ciekawość świata, umiłowania piękna i stałego osobistego rozwoju, które stały się udziałem Doriana wyzwolonego z ograniczeń starzejącego się ciała.

Chociaż myśl o ujawnieniu tajemnicy portretu budzi w młodzieńcu strach, zdaje się on nie żałować uczynków, które odbijają się na płótnie. Dorian Gray jest istotą doskonale amoralną, jest uosobieniem sztuki, tak jak rozumiał ją Oscar Wilde. Dlaczego taki ktoś miałby odczuć wyrzuty sumienia? Dlaczego miałby z własnej woli zrezygnować z brzemienia doświadczeń, które z taką chęcią zgromadził, opuścić swój land of do-as-you-please, kierowany pragnieniem moralnej odnowy? Rozumiałabym doskonale, gdyby był to kaprys, jeden z wielu, który Dorian pobłażał przez całe swoje życie. Kaprys zmęczonego sybaryty, który tak jak dotąd bawił się w grzesznika, pragnie zagrać w zbawienie duszy. Ale w dorianowe wyrzuty sumienia trudno uwierzyć chyba nawet samemu autorowi – a tylko one dają perspektywę konieczną do dostrzeżenia swojej moralnej nędzy. Straszliwa świadomość grzechu, która daje moc opowiadaniom Poego, nie istnieje dla Doriana Graya, a w każdym razie istnieje w wymiarze mocno ograniczonym. Chociaż dla świata żyje on na dnie moralnej degrengolady, sam odrzuca ciężar etycznej odpowiedzialności. Skutek? Moralną naukę biorą diabli.

Dorian GrayParkera próbuje poradzić sobie z tym problemem za pomocą fabularnej wolty. Oto Henry Wotton, który swoimi teoriami wysadził życie Doriana z moralnej orbity, zaczyna dostrzegać, iż stworzył potwora. O ile w powieści Wotton pełni raczej rolę Pigmaliona i do końca pozostaje zauroczony wiecznym młodzieńcem, o tyle w filmie przyjmuje tragiczną rolę Frankensteina. Tym sposobem łzy skruchy Doriana, jak by nie były krokodyle, zostają z całą mocą podparte metamorfozą jego kusiciela.

Ogólnie rzecz biorąc, więcej jest w parkerowym „Dorianie Grayu” rzeczy wymagających niechętnego komentarza niż przyklaśnięcia, poczynając od obsadzenia w roli eterycznej Sybil Vane jakiegoś pasztetu, poprzez całkowite zignorowanie emocjonalnej fascynacji Basila Dorianem, a kończąc na zrujnowaniu jedynej chyba sceny w książce, której dramatyzm mógłby bez problemu zostać oddany na ekranie, to jest konfrontacji Hallwarda z oszpeconym portretem. Ale w tym rozwiązaniu, chociaż ono niespecjalnie działa, kryje się nieco metafizycznej atrakcyjności. Dorian jest duchowym dzieckiem Wottona, dzieckiem, któremu po latach spędzonych na przyjemnościach pozostaje zmęczenie, niesława – i magiczny wizerunek, który go prześladuje. Ten nowy „Dorian Gray” to prawdziwa ilustracja tezy, że hedonizm oznacza zgubę i wypalenie. Oscar Wilde – jak się zdaje – albo nie był tego pewien, albo też sądził, że tak nie jest.

Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy „Portret Doriana Graya” zostanie kiedyś przeniesiony w całej swojej urodzie na filmowy ekran, obstawiłabym, że nie. Kino, przynajmniej głównego nurtu, potrzebuje dobra i zła, a „Dorian” to mimo wszystko dzieło estety, dla którego punktem odniesienia nie była moralna słuszność, lecz piękno i sztuka – i czy tego chciał, czy nie, ta powieść świadczy o tym doskonale. Zaś wdzięczne paradoksy, którymi Wilde zwykł był zachwycać eleganckie towarzystwo, w cudzych ustach brzmią jak zwykłe frazesy. Film, który mógłby godnie zastąpić prozę Oscara Wilde, musiałby zostać stworzony przez jego bratnią duszę – a to już wyzwanie. Do dziś pamięta się go przecież i podziwia właśnie za jego unikalność.


Dorian Gray (Oliver Parker, 2009)  aa Dorian Gray (Oliver Parker, 2009)Dorian Gray (Oliver Parker, 2009)  aaa

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>