Agata Malinowska

Dom zły (Wojciech Smarzowski, 2009)

Dom zły (Wojciech Smarzowski, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Drugi film reżysera „Wesela” dał na siebie czekać dość długo, bo aż 5 lat. Za to kiedy już się pokazał, z miejsca przebojem wdarł się na festiwal w Gdyni (nagrody za scenariusz i reżyserię) oraz podbił serca publiczności na 25 Warszawskim Festiwalu Filmowym. Złote Lwy, przyznawane w uznaniu za rzemiosło, faktycznie się Smarzowskiemu należą. Jednakże sporą zagadką dla mnie pozostaje, co takiego widzowie z Warszawy, mający przecież spory wybór, zobaczyli szczególnie miłego w tym makabrycznym widowisku. Być może właściwą odpowiedzą jest „siebie”, ale wolałabym jakąś alternatywną opcję – tych ludzi spotykam bądź co bądź w tramwajach…

Muszę zaznaczyć (bo pewnie nie da się tego wywnioskować z pierwszego akapitu), że moja opinia o „Domu złym” jest raczej pozytywna. Przepadam za strasznymi historiami, lubię też zagadki – a w tym filmie jest sporo jednego i drugiego. Powiedziałabym nawet, że dwa razy więcej niż zwykle, gdyż opowieść rozgrywa się na dwóch planach. Pierwszy z nich dotyczy historii zootechnika Środonia, który spędza mocno zakrapianą noc u małżeństwa Dziabasów. Drugi – to milicyjne śledztwo.

Najwyraźniej podczas libacji (albo po niej, to się wyjaśni) stało cię coś okropnego i teraz trzęsący się ze strachu Środoń oprowadza przedstawicieli władzy po upiornie pustym obejściu Dziabasów, wspominając minione wypadki. Im dłużej Środoń wspomina, tym bardziej oczywistym się staje, że milicjanci w coś z nim pogrywają. A kiedy się okaże w co… wtedy będzie już za późno.

Wątki kryminalne przeplatają się z obyczajowymi i politycznymi (mamy przecież PRL) – wszystko to podane jest w sosie własnym, stanowiącym mieszankę brudu, krwi i alkoholu. Milicjanci na służbie wlewają w siebie litry wódki a prokurator przyjeżdża na miejsce zbrodni w ogóle niezdatny do użytku, póki nie dostanie klina. Jedyny sprawiedliwy, porucznik Mróz, który, co dziwne, nie pije, też ma nieco za uszami. Środoń i Dziabasowie to postaci z gruntu ohydne. Nie ma się właściwie na kim oprzeć, żeby w tej gnojówce nie utonąć. Tonie się zatem, ale się ogląda, bo chce się poznać zakończenie historii.

Scenariusz „Domu złego” jest naprawdę intrygujący i skonstruowany z precyzją – w dużym stopniu rekompensuje festiwal turpizmu, który serwuje nam Smarzowski. Widać też, iż reżyser postarał się, by tego filmu nie zepsuć – chociaż trafiają się sceny wręcz idiotyczne, takie jak reanimacja żony Środonia, podczas której bohaterowie dramatu biegają w kółko wrzeszcząc „kurwa”. Mimo wszystko gdyby strona techniczna była na właściwym poziomie, dostalibyśmy może i ciężkostrawną, ale zdecydowanie wartościową produkcję.

Niestety nawet w porównaniu z drugim tegorocznym zwycięzcą z Gdyni „Rewersem” (z litości nie wspominam o kinie światowym), „Dom zły” prezentuje się pod tym kątem żenująco – warsztat rodem z produkcji telewizyjnych, do tego fatalny dźwięk i żałosny w swym niskim budżecie wybuch stodoły. Chyba tylko nazwisko reżysera zadecydowało o tym, że w ogóle wpuszczono ten film do kin.

Powytrząsawszy się należycie, ponownie podkreślę, że mi się „Dom zły” podobał, czy też raczej – wciągnął mnie i przeraził. Zdecydowanie nie jest to film tej klasy co „Fargo”, do którego górnolotnie w swojej recenzji nawiązał Sobolewski. Podejrzewam, że nawet nie mógłby być. Ale temu, kto lubi ciary latające po plecach, a do tego niestraszni mu degeneraci, bimbrownicy oraz teatr telewizji – polecam.

Dom zły a Dom złyDom zły aaa

 

(Visited 12 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>