Agata Malinowska

Django / Django Unchained (Quentin Tarantino, 2012)

Django / Django Unchained (Quentin Tarantino, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Po latach czajenia się i krygowania, Quentin Tarantino, wielki miłośnik Sergio Leone, nakręcił swój pierwszy western. Co prawda wszystko rozgrywa się na niewolniczym Południu, a nie na rubieżach Dzikiego Zachodu. Co prawda bohaterowie brodzą od czasu do czasu w śniegu i urządzają strzeleckie treningi na starannie ulepionym bałwanie. Kowbojskich pojedynków nie uświadczy się tu natomiast wcale. Ale jednak trudno mieć wątpliwości. „Django” – opowieść o czarnoskórym łowcy głów, trafiła wreszcie do polskich kin.

Już na wstępie warto zaznaczyć, że jest to film bardziej ponury i znacznie bardziej krwawy niż poprzednie „Bękarty wojny”. O ile potraktowanie nazizmu z przymrużeniem oka było dla Quentina bułką z masłem (nie brak było przecież poprzedników, którzy przetarli mu ścieżki), o tyle tytułowy bohater „Django” – wyemancypowany niewolnik – nie jest dobrym obiektem żartów. Oczywiście wciąż jest to film nakręcony przez człowieka, który rękami Żydów-kamikaze uśmiercił Hitlera w kinie. Już oglądając zwiastun, widząc zbryzgane krwią kwiaty bawełny, można było domyślać się, że będzie się tu mordować Południowców. Podobnie jak po premierze „Bękartów” mnożą się oskarżenia o żerowanie na jednym z wielkich dramatów w historii ludzkości ku uciesze głodnej krwi gawiedzi. I o rasizm.

No cóż, historia Django nie jest tak skomplikowana, jak narosłe wokół niej emocje. Zakuty w kajdany, zostaje uwolniony przez elokwentnego łowcę głów, który zabiera go na jedną ze swoich eskapad. Doktor King Schultz, bo tak nazywa się wyzwoliciel, po pewnym czasie nabiera sympatii do czarnoskórego i czyni go swoim wspólnikiem, a wreszcie obiecuje mu pomoc w odnalezieniu żony, sprzedanej w niewolę nie wiedzieć komu. Obaj jeszcze o tym nie wiedzą, ale czeka ich ostra przeprawa, bowiem kobieta trafiła w ręce… Leonardo DiCaprio.

O fabule ani słowa więcej, choć jak zwykle u Tarantino, najwięcej radości sprawa nie to, co, ale to, jak się opowiada (nie jestem specem od gatunku, zdaje mi się jednak, że to pierwszy western, w którego ścieżce dźwiękowej pojawił się rap). Kontrowersyjne decyzje obsadowe okazały się strzałem w dziesiątkę – ex-bożyszcze nastolatek Leonardo sprawdza się wyśmienicie jako sukinsyn z Południa, zaś poważny, spięty Jamie Foxx jako Django nadaje filmowi mroczniejszego tonu. Równoważy go świetny Christoph Waltz jako Schultz – pocieszny przybysz ze Starego Kontynentu, który mimo krwawej profesji nigdy nie zdołał przyzwyczaić się do bestialskiego traktowania czarnych. Chociaż za kilkadziesiąt lat jego pobratymcy zgotują Europie prawdziwą krwawą łaźnię, to właśnie brodaty Niemiec reprezentuje tutaj pewnego rodzaju moralną uczciwość, której wstrętne jest niewolnictwo.

django2
Południowcy nie mają bowiem żadnej pozytywnej reprezentacji, którą Quentin obdarował był nawet nazistów. Posiadacze niewolników, ich biała służba, która bierze udział w procederze, a nawet czarni entuzjastycznie aprobujący ustalony porządek, są jednolicie ohydni a różnią się właściwie tylko jakością ubioru. Kultura niewolnicznego Południa to nie liryczna, uduchowiona sielanka, która można było obserwować w „Przeminęło z wiatrem”. To chore, płytkie, pełne hipokryzji i kompleksów naśladownictwo, które po Europie odziedziczyło tylko ubiór i parę eleganckich, obcojęzycznych słówek. Mieszkańców plantacji czeka niewolnicza zemsta z rąk wyzwoleńca, któremu oprócz wolności przywrócono też godność. Zarzuty o krotność powtarzania na ekranie słowa „czarnuch” (nigger) są tyleż prawdziwe, ile dość dziwaczne, bo prawie każdy, kto wymówi ten magiczny wyraz, ginie krwawo.

Jeśli zaś idzie o nadawanie wartości rozrywkowej niewolnictwu… no cóż, Tarantino jest mistrzem w seksownym portretowaniu przemocy, i takich scen jest tu sporo. Ale jest też wiele fragmentów, bezpośrednio powiązanych z traktowaniem czarnych, które bez żadnych wątpliwości miały być odrażające – i takie są. Zarzuty o żerowanie na dawnych nieszczęściach musiały się oczywiście pojawić, ale każdy, kto je wysuwa, nie rozumie tarantinowskiej filozofii. Filozofii, która kazała Quentinowi zachęcać do pokazywania „Kill Billa” dziewczynkom. Violence, jak powiedział bohater „V for vendetta”, can be used for good. Innymi słowy, ekranowa przemoc może mieć wartość terapeutyczną, jakiej nie będą miały pokrzepiające historie w rodzaju „Amistad”. A gwałtowne reakcje prasy świadczą o tym, że Amerykanie nadal tej terapii potrzebują. Czy krytycy Tarantino kupią to podejście, to już inna rzecz.

Pozostawmy jednak te poważne tony. Byłabym hipokrytą wielkiego kalibru nie przyznawszy się z entuzjazmem, że w pierwszej połowie filmu zalewałam się łzami ze śmiechu. Później „Django” jakby poważnieje – nie byłaby to wada gdyby nie fakt, że przy okazji traci też oddech i lekkość narracji. Życzliwy nastrój nabyty przez pierwsze pół godziny wystarcza do ostatniej ze 165 minut, ale czas spędzony w kinie daje się odczuć, czego nie mogę powiedzieć o żadnym ze swoich dwóch kinowych seansów „Bękartów wojny”. Poprzedni film Tarantino składał się właściwie z samych perełek i aktorskich popisów. „Django” miewa swoje mniej angażujące chwile i mniej udane dialogi, choć oczywiście jest też pełen różnych delicji. To premiera, której, o ile nie jest się zaprzysięgłym wrogiem filmów Tarantino w ogóle, nie powinno się ominąć.

1138856 - Django UnchainedDjango Unchained, 2012 aaDjango Unchained, 2012 a

(Visited 61 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>