Mariusz Czernic

Django / Django Unchained (Quentin Tarantino, 2012)

Django / Django Unchained (Quentin Tarantino, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Django (1966) Sergia Corbucciego to wzorcowy spaghetti western, który cechuje się pastiszowym podejściem do Trylogii dolarowej (1964-66) Sergia Leone i amerykańskich westernów podejmujących motyw jeźdźca znikąd. Nowy film Quentina Tarantino okazuje się więc pastiszem do kwadratu, który momentami zbliża się w stronę Płonących siodeł (1974) – absurdalnej parodii westernu autorstwa Mela Brooksa. Ale spokojnie, ta niebezpieczna granica nie została przekroczona i mimo że fabuła zupełnie nie przypomina żadnego znanego westernu to zawiera najlepsze składniki tego gatunku, przyrządzone w sposób zaskakująco oryginalny. O ile jednak wiele spag-westów korzysta z meksykańskiego folkloru tak film Tarantino zahacza o poważną tematykę handlu niewolnikami i uprzedzeń wobec Murzynów na kilka lat przed wojną secesyjną.

Niemiecki dentysta, dr King Schultz, przybywa do Teksasu na swoim koniu imieniem Fritz (tak samo nazywał się koń Williama S. Harta, gwiazdora niemych westernów). Jego celem jest schwytanie braci Brittle, za których wyznaczona jest nagroda. W tym celu szuka niewolnika o imieniu Django, który miał styczność z poszukiwanymi braćmi i może ich rozpoznać. Tak zaczyna się pełna przygód wędrówka niemieckiego łowcy głów i rozkutego z kajdan niewolnika. Django przestaje być już uległą i milczącą ofiarą, teraz wchodzi w skórę bezwzględnego egzekutora – z bronią w ręku eliminuje wszelkie zło jakie zagraża wolności i sprawiedliwości.

Postać łowcy nagród pełniła istotną rolę zarówno w westernach amerykańskich (np. Naga ostroga i Gwiazda szeryfa, oba w reżyserii Anthony’ego Manna z lat 50-tych), a także włoskich (najdoskonalszy przykład to Za kilka dolarów więcej Sergia Leone z 1965, który zaczyna się od słów: „Gdzie życie nie miało wartości, śmierć miała czasem swą cenę – oto dlaczego pojawili się łowcy nagród”). U Quentina podobnie jak u Leone łowca głów to człowiek traktujący swoją profesję jak niezłą zabawę przynoszącą nie tylko zyski, ale także wiele satysfakcji i frajdy. Imiona głównych bohaterów zaczerpnięto ze zrealizowanych ponad 40 lat temu spaghetti westernów. Django to wiadomo – kultowy bohater, którego zagrali m.in. Franco Nero i Terence Hill. A King Schultz ma swój dawny odpowiednik w postaci łowcy nagród z filmu His Name Was King z 1971 (Tarantino wykorzystał także piosenkę z tego filmu).

Podstawową zaletą tego persyflażu jest błyskotliwy scenariusz, w którym nie ma słabych punktów. Fabuła skonstruowana jest w sposób genialny, wciąga i zaskakuje kilkoma mistrzowskimi posunięciami. Bohaterowie mają bardzo złożony charakter i zróżnicowane motywy popychające do działania, a niektóre postacie cechują się podobnym do Quentina Tarantino zamiłowaniem do długich konwersacji i różnych hipsterskich fanaberii, które wprawiają otoczenie w zakłopotanie i zdziwienie. Znakomity jest duet głównych bohaterów – dobry Niemiec i Murzyn, który nie jest niewolnikiem to postacie rzadko spotykane w westernach. Doskonale przedstawiono w filmie panoramę plantatorsko-niewolniczych stanów południowych od Teksasu do Mississipi (na uwagę zasługują więc zdjęcia Roberta Richardsona). I choć nie brakuje tu humoru i karykatury to wyczuwalny jest brutalny realizm tamtych czasów, gdy biali z satysfakcją spoglądali na czarnego niewolnika rozszarpywanego przez psy, a Murzyni marzyli o tym, by wybatożyć i zabić swoich oprawców, dla których harują jak bydło. Zaskakującym motywem w tego typu kinie jest nawiązanie do średniowiecznej legendy o Nibelungach i porównanie Django do bohatera niemieckich baśni, Zygfryda.

W samych superlatywach można się wypowiadać na temat aktorów. Tarantino wiedział kogo zatrudnić, by uzyskać na ekranie odpowiedni efekt i dlatego nikt nie zawiódł oczekiwań. Django z bezbronnego niewolnika przemienia się w czarnego anioła zemsty, który jak będzie grał w ruletkę to zawsze postawi na czarne. Jamie Foxx ma w sobie dobroduszność i spokój, które potrafił połączyć z tkwiącą w każdym człowieku skłonnością do sadyzmu – pozwoliło mu to wiarygodnie odegrać tytułową postać. Dr King Schultz zagrany przez Christopha Waltza to wygadany łowca nagród, który zarówno bronią palną jak i językiem posługuje się zuchwale i dość często. Ma dziwną słabość do wyrafinowanych gier, przy czym nie lubi przegrywać. Gardzi niewolnictwem i to go czyni pozytywnym bohaterem, któremu można wybaczyć naturę gawędziarza. A jeszcze kilka lat temu Waltz zagrał przecież bezlitosnego łowcę Żydów w Bękartach wojny, w której również był bardzo przekonujący.

Mniej więcej w połowie filmu (tak przypuszczam, bo w kinie nie spoglądałem na zegarek) pojawia się Leonardo DiCaprio i w ten sposób poznajemy kolejną barwną postać tego westernu. Calvin Candie to bogaty plantator, który niewolników wykorzystuje nie tylko do pracy na plantacji, lecz także do walk na śmierć i życie tzw. Mandingo. DiCaprio udowadnia, że potrafi grać nie tylko dramatyczne role, ale umie też z odpowiednim dystansem i humorem zagrać totalnego pojeba, a w jednej scenie wzbudza autentyczne przerażenie. Samuel L. Jackson nie daje się przyćmić reszcie obsady i jako Stephen, nadgorliwy i dalekowzroczny służący Candie’go, jest nieprzewidywalny, totalnie przerysowany i stanowi idealny kontrast dla tytułowej postaci. Wiele dobrych słów można też powiedzieć na temat Kerry Washington, wcielającej się w postać Hildy – żony Django, którą spotyka wiele krzywd ze strony bezlitosnych białych osadników. I choć film trwa około 160 minut mógł być jeszcze dłuższy, bo Hildy też powinna sięgnąć po broń i zemścić się na swoich oprawcach (możliwe, że Quentin nie chciał powtarzać schematu poprzednich filmów, w których to kobiety dokonywały zemsty).

Choć przed premierą wiele mówiło się o licznych nawiązaniach do starych westernów to na szczęście zostały one idealnie podporządkowane fabule. Nie ma więc wrażenia, że niektóre sceny zostały dodane na siłę tylko po to, aby podjąć polemikę z klasyką gatunku. Film zawiera sporą dawkę humoru, zabawna jest np. scena z Ku Klux Klanem (przy czym należy dodać, że ta organizacja zaczęła działać po wojnie secesyjnej, więc tu mamy do czynienia z zabawną wizją na temat prapoczątków tego rasistowskiego klanu). Tarantino nie byłby sobą, gdyby swoje kpiarskie podejście do kina gatunkowego nie wzbogacił dużą dawką sadyzmu. Tak więc między rozmowami i poznawaniem kolejnych bohaterów otrzymujemy liczne sceny przemocy z odpowiednią dozą okrucieństwa i perwersji.

U Quentina wiele nawiązań można było odnaleźć dzięki muzyce – tym razem soundtrack jest niestety nie do końca przemyślany. Jest kilka świetnych utworów, ale są też i takie, które bez szkody dla całości można było usunąć. Z początku muzyka nie razi, bo wykorzystanie piosenki Luisa Bacalova z Django (1966) Sergia Corbucciego wydaje się aż nazbyt oczywiste i przypomina fanom spag-westów, jak pięknie tytułowy utwór z tego filmu brzmi z wokalem, a nie tylko w wersji instrumentalnej. Ale później niby pozornie wszystko jest OK (The Braying Mule Ennia Morricone, His Name Was King Luisa Bacalova, Nicaragua Jerry’ego Goldsmitha czy choćby użyte w końcówce Trinity Franco Micalizzi’ego), a jednak trochę razi przewaga piosenek nad utworami instrumentalnymi oraz użycie w niektórych scenach hip hopowych kawałków, które nijak do westernu nie pasują.

Reżyser o takiej pozycji jak Quentin Tarantino mógł sobie pozwolić na wszelkie zabiegi odbiegające od normy – ceniony jest właśnie za to, że nie ulega obowiązującym modom, tylko tworzy swoje kino. Django to film, który bawi i dostarcza emocji, a scenariusz zaskakuje nieprzewidywalnym rozwojem wypadków i niestandardowym zachowaniem bohaterów. W filmie oprócz popularnych obecnie gwiazd filmowych można zauważyć aktorów, którzy najlepsze chwile sławy mają już dawno za sobą (np. Don Johnson, Franco Nero). Jedynym zgrzytem obsadowym jest sam Quentin, który wygląda jakby przypadkiem znalazł się na planie. I jest jeszcze jedna rzecz, której mi w tym filmie zabrakło – rewolwerowe pojedynki ‚jeden na jednego’.

Mimo, iż rok 2013 dopiero się zaczął jestem przekonany, że do końca roku nie będzie już lepszego filmu, który by mnie aż tak pozytywnie zaskoczył (bo mimo iż czekałem na film Tarantino z niecierpliwością to miałem jednak obawy, że reżyser mógł przedobrzyć). Django w niczym nie ustępuje Bękartom wojny, oba filmy są kapitalnie zagrane, fabuła pełna jest zaskakujących zwrotów akcji, a reżyser pokazuje jak powinien wyglądać hołd złożony uwielbianemu gatunkowi. To nie jest puste naśladowanie stylu dawnych filmowców, ale kreatywny i żartobliwy pastisz, w którym z szacunkiem potraktowano klasykę gatunku. I to bez pomocy grafików komputerowych.

 Django Unchained (Quentin Tarantino, 2012) DJANGO UNCHAINEDDjango Unchained (Quentin Tarantino, 2012)  aaa

(Visited 14 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>