Mariusz Czernic

Czterech jeźdźców Apokalipsy / Four Horsemen of the Apocalypse (Vincente Minnelli, 1962)

Czterech jeźdźców Apokalipsy / Four Horsemen of the Apocalypse (Vincente Minnelli, 1962)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

W latach 50. Minnelli był uznanym twórcą musicali, dwa jego filmy z tego gatunku (Amerykanin w Paryżu i Gigi) zdobyły nawet Oscara za najlepszy film, ale radził sobie nie najgorzej także w dramatach z ambicjami (Zły i piękna, Pasja życia, Dwa tygodnie w innym mieście), w których obsadzał ulubionego aktora, Kirka Douglasa. Zrealizowany bez udziału tego aktora dramat Czterech jeźdźców Apokalipsy nie odniósł zbyt wielkiego sukcesu i nie zdobył prestiżowych nagród, lecz z kilku powodów godny jest uwagi. To połączenie rodzinnej sagi z antywojenną przypowieścią o zbliżającej się apokalipsie. Jest tu kilku bardzo dobrych, choć nie wybitnych, aktorów pochodzących z różnych krajów: Amerykanin Lee J. Cobb, Kanadyjczyk Glenn Ford, Francuz Charles Boyer, Szwedka Ingrid Thulin, Węgier Paul Lukas, Austriak Paul Henreid, a także m.in. Niemiec Karlheinz Böhm (mąż polskiej aktorki Barbary Kwiatkowskiej).

Pierwszy z wymienionych aktorów Lee J. Cobb należał do tych wyjątkowych osobowości aktorskich, które nie potrzebowały zbyt wiele czasu ekranowego, by stworzyć kreację godną zapamiętania. W roli patriarchy „argentyńskiego” rodu Julio Madariagi pojawia się na początku filmu i w jednej sugestywnej scenie przepowiada nadejście czterech jeźdźców Apokalipsy, po czym umiera na atak serca. Jedna z jego córek poślubiła francuskiego imigranta, druga zaś wyszła za Niemca, te związki odmienią wkrótce losy rodziny i zetkną ich z nazizmem – największą zmorą XX wieku. Akcja przenosi się do Francji pod koniec lat 30-tych, gdzie syn Francuza i Argentynki, Julio Desnoyers, ma własną pracownię i zajmuje się malowaniem. Wkrótce wikła się w romans z mężatką, której mąż walczy w Belgii. Tymczasem Francuzi zostają zmuszeni do posłuszeństwa przez Niemców i wszelkie działania ruchu oporu mają być krwawo tłumione. A wśród niemieckich władz okupacyjnych są kuzyni argentyńskiej familii, Karl i Heinrich von Hartrott.

Uwikłani w dramatyczne wydarzenia bohaterowie muszą stawić czoła demonom wojny. Owe demony zwane Jeźdźcami Apokalipsy cały czas czuwają, obserwują i biorą czynny udział w bitwach, chociaż nikt nie może ich zobaczyć. Pierwszy jeździec ma na sobie koronę i symbolizuje zwycięstwo (czyli to, co każdy w tej wojnie chciał osiągnąć, by jak najszybciej wrócić do domu), drugi trzyma miecz w dłoni, symbolizując walkę do ostatniej kropli krwi, trzeci przynosi głód, choroby i cierpienia, a czwarty to Śmierć z kosą, która zabiera ze sobą tych, którym nie dane dożyć czasów pokoju. Będąca pierwowzorem filmu powieść Ibáñeza rozgrywa się podczas I wojny światowej i została zekranizowana już w epoce kina niemego – w 1921 roku (jeszcze za życia pisarza) powstała adaptacja z udziałem Rudolpha Valentino. Tytuł utworu wykorzystał także włoski reżyser Lucio Fulci, realizując western w 1975, ale jak przypuszczam niewiele ma on wspólnego z historią wymyśloną przez Ibáñeza.

Vincente Minnelli, który w Amerykaninie w Paryżu udowodnił, że Paryż można stworzyć w hollywoodzkim studiu filmowym, również sceny w okupowanej Francji mógł nakręcić na terenie wytwórni. Reżyser jednak podszedł nieco poważniej do zadania niż w przypadku muzycznych spektakli, gdyż zdecydował się kręcić we Francji. To był z pewnością dobry pomysł, dodał filmowi autentyzmu, który zanika podczas scen dialogowych, gdyż dosłownie wszyscy mówią tu po angielsku. Do scenografii i dekoracji wnętrz nie można mieć zastrzeżeń, do fabuły również. Znany z ról prostych kowbojów Glenn Ford także i tutaj jest zwykłym obywatelem, który chciałby mieć spokój, ale trafia prosto do jaskini lwa – aby wyjść zwycięsko będzie musiał podjąć męską decyzję.

Podstawową wadą filmu są źle rozłożone akcenty. Wątek miłosny między Fordem i Thulin zajmuje dużo miejsca, a najciekawszy według mnie motyw, czyli samotna walka Chi Chi z okupantem został zepchnięty na dalszy plan. Bohaterowie kilkakrotnie mówią o aresztowaniu tej dziewczyny za demonstracje i protesty, ale tych działań nie zobaczymy. Czasem miałem wrażenie, że film mógłby być słuchowiskiem radiowym, bo z dialogów dowiadujemy się więcej niż z samej akcji. A szkoda, tym bardziej że w roli Chi Chi Desnoyers wystąpiła Yvette Mimieux (była żona reżysera Stanleya Donena), najbardziej kojarzona z roli Weeny w Wehikule czasu (1960). Minnelli potraktował tę aktorkę i odtwarzaną przez nią postać zbyt powierzchownie – zdecydowanie zasługiwała na więcej czasu ekranowego.

Film z pewnością byłby lepszy, gdyby większą uwagę poświęcić działalności ruchu oporu, zamiast bawić się w tanie sentymenty i zbędne rozmowy, bo w takim filmie obrazy powinny mówić same za siebie. Ale po twórcy, który największy sukces odniósł jako realizator musicali nie należało oczekiwać filmu, w którym są płynne przejścia od dialogów do akcji. Film można nazwać wojennym melodramatem – co ciekawe, oglądana niedawno przeze mnie Róża (2011) Smarzowskiego reprezentuje ten sam gatunek. Nie da się ukryć, że oba filmy są zupełnie inne. I nie chodzi mi tu o poziom realizacji i wiarygodność, ale o przemoc lub jej brak. W Róży częstotliwość występowania przemocy była przytłaczająca, u Minnellego prawie w ogóle tej przemocy nie widać. Można obejrzeć, bo nie jest to zły film – zawiera kilka świetnych scen, ale niewykorzystany potencjał jest tu widoczny.

Four Horsemen of the Apocalypse (Vincente Minnelli, 1962)  aa Four Horsemen of the Apocalypse (Vincente Minnelli, 1962)  aFour Horsemen of the Apocalypse (Vincente Minnelli, 1962) aaa

(Visited 20 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>