Agata Malinowska

Czarny łabędź / Black Swan (Darren Aronofsky, 2010)

Czarny łabędź / Black Swan (Darren Aronofsky, 2010)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Po raz pierwszy od początku naszej znajomości Aronofsky zawiódł mnie srodze. I nie chodzi o wytykany mu wszem i wobec przeżuty schemat fabularny. Do diabła, gdy Polański kręcił „Lokatora”, był to już jego trzeci film opierający się na obsadzeniu w centrum akcji prawdziwego lub mniemanego szaleńca. I co? I nic. „Lokator” nadal pozostaje filmem godnym zachwytu. Trudno zresztą znaleźć dzisiaj film nie zawierający choćby kawałka przeżutego materiału i należy się pogodzić z tym, że kino serwuje nam całkiem często drugiej świeżości scenariusze, ugarnirowane dla niepoznaki w różnorodne ciuchy. I spotyka się przy tym z gremialnym poklaskiem, żeby wspomnieć tylko orgazmiczną reakcję publiczności na „Avatara”, który miał w sobie akurat tyle fabularnej oryginalności, co Coca-cola ekstraktów roślinnych.

I powiem Wam jeszcze jedno – znałam fabułę, zanim jeszcze zobaczyłam film. I uważałam, że to cholernie dobra fabuła.

Ustalmy również, że melodramatyczność i emocjonalne rozedrganie to też nie jest zarzut, który mnie zniechęca. Powiem więcej, „Czarny łabędź” to bezbłędna fuzja reżyserskiego stylu, który nigdy nie należał do delikatnych, z bajkowym tragizmem „Jeziora łabędziego”. Idealną tego egzemplifikacją jest genialny prolog*, w którym czarodziej Rotbart rzuca zaklęcie na niewinną dziewczynę, zamieniając ją w łabędzia. Wszystko, co w tym filmie doskonałe, koncentruje się w tej jednej chwili – przyprawiająca o zawrót głowy praca kamery, potężna muzyka, wyraziste aktorstwo Portman, wisceralna siła reżyserii, wreszcie motyw dramatycznej przemiany. Dlaczego Aronofsky, osiągnąwszy tak wiele już w pierwszej minucie, miałby później miarkować kroki? Przeciwnie – dosadność, osiągająca kolejną kulminację w scenie fizycznej przemiany podczas tańca, to właściwa droga do mariażu z baletem Czajkowskiego. Losy Niny – jej sen o artystycznej doskonałości, szaleństwo i śmierć – to przeżywanie na jawie jaskrawego dualizmu wpisanego w fabułę „Jeziora”.

Dualizm ten wyraża się dobitnie w warstwie fabularnej poprzez motyw sobowtóra. Pełna erotycznej energii Lily to dla Niny zarówno personifikacja i wzorzec czarnego łabędzia (ona nie udaje – szepcze jej do ucha demoniczny Leroy), jak i prześladowca, mroczny doppelganger, który chce ją dopaść. Podświadomie Nina wie, że czekająca ją metamorfoza będzie śmiertelna – Czarny łabędź niesie przecież Białemu śmierć. Nie potrafi się już jednak zatrzymać. Wyrwawszy się na moment spod matczynego zaklęcia „słodkiej dziewczynki”, które więziło ją w dzieciństwie, poddaje się z kolei czarom charyzmatycznego reżysera i rozbudza w sobie mroczne instynkty, bo zostać jego „małą księżniczką”.

W pewnym sensie matka i reżyser to dwa oblicza Rotbarta, choć Leroy bywa i księciem, który pogardziwszy delikatnością Białego łabędzia, woli rozkoszować się wizją zmysłowego Czarnego.

Podoba mi się to, z jaką nonszalancją i brutalnością Aronofsky łączy w tym filmie skrajności, ogień z wodą, animalistyczny magnetyzm z kruchością. Podoba mi się, jak bawi się wszechobecnymi lustrami, jak w szybie metra pokazuje Ninie jej mroczną twarz, zanim ona jeszcze o sama uświadomi sobie jej istnienie. Spójność rzeczywistości, którą przeżywamy wraz z baletnicą, od początku jest subtelnie zaburzona – na razie w zimnym oku lustra, w twarzy przechodzącej, ubranej na czarno kobiety. A gdy „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze” i tysięczne lustrzane odbicia odmawiają posłuszeństwa wspaniale jest patrzeć na taniec Czarnego łabędzia, który skoczył już w przepaść, choć jeszcze o tym nie wie. Ten występ ma siłę wybuchu – i naprawdę nim jest. Dla Niny.

Poranione stopy, diety, ćwiczenia – fizyczna strona baletu, który jest w ostatecznym rozrachunku ciężką harówką – to również cały Aronofsky. Nie mówię nawet o podobnym, dosadnym podkreślaniu cielesności zapaśniczych zawodów w poprzednim filmie. Trudno jest zapomnieć horror gnijącego ciała w „Requiem dla snu” lub migrenowe dolegliwości Maxa Cohena w „Pi”. Zaś urojona przemiana, pióra i skrzydła? To przecież tylko kolejne odbicie piłeczki w stronę Czajkowskiego. Zaklęta w łabędzia Odetta stawała się w nocy kobietą, Nina jedynie podąża odwrotną drogą. Trudno mi powiedzieć, czy można uznać to za esencję „Czarnego łabędzia”, czy jest to jedynie niewybredna ozdoba – ale obstawiam to drugie.

Podoba mi się zatem niemal wszystko i głupio wypadło, że na swojej drodze do ekstatycznego finału „Czarny łabędź” zamienił się na moich oczach w wyskubane ptaszysko i już nie odzyskał dawnego blasku. I o co poszło? Naprawdę o drobiazg. O scenę z pilniczkiem. Tę w szpitalu. Jeśli czytacie recenzję oznaczoną czerwonym napisem SPOJLER, to na pewno kumacie czaczę. Scena z pilniczkiem jest symbolem tego, przez co w cholerę poszło napięcie i starannie budowana atmosfera. Ponieważ sceny typu „pilniczek” widziałam już sto razy. Dwieście. Zylion. Poczułam się jak człowiek, któremu w wyrafinowanej restauracji podano znienacka kanapkę z salcesonem. I tego Aronofskiemu nie jestem w stanie wybaczyć. I nikt nie może mi powiedzieć, że nie próbowałam, bo przecież łyknęłam setę i poszłam do kina drugi raz.

Podobno „Czarny łabędź” to film o cenie doskonałości. Niech będzie, że tak jest, chociaż nie dodaje to Aronofskiemu szczególnej chwały, bo to również było już wiele razy. Co się jednak tyczy doskonałości, to nie informacja o jej cenie była dla mnie kluczowa po wyjściu z kina. Tylko to, że doskonałość jest czymś, co niesłychanie trudno jest osiągnąć a niesłychanie łatwo spieprzyć.


IMG_3961.CR2 IMG_7135.CR2 Czarny łabędź (Black Swan, 2010), reż. Darren Aronofsky

(Visited 11 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>