Agata Malinowska

Coś / The Thing (Matthijs van Heijningen Jr., 2011)

Coś / The Thing (Matthijs van Heijningen Jr., 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Każde pokolenie ma swoje „Coś” – opowieść o mięsożernym kosmicie, grasującym po arktycznej stacji, przenoszono na srebrny ekran w roku 1951 (Christian Nyby), 1982 (John Carpenter), wreszcie w 2011 (Matthijs van Heijningen Jr.), a więc mniej więcej co 30 lat. Pozwala to zarówno na śledzenie postępu w efektach specjalnych, jak i prowadzenie długich piwnych rozmów na temat wyższości tej czy innej wersji. Jedno jest pewne – ta najnowsza raczej odpada w przedbiegach, choć ma tę wyjątkową zaletę, iż zapewne rozgrzeje serduszka emancypantek…

Z szacunku dla klasycznego już filmu Carpentera nie zdecydowano się na kolejny remake, zadowalając się zmajstrowaniem prequela. Możemy zatem dowiedzieć się, co stało się w norweskiej stacji arktycznej, którą swego czasu odwiedził MacReady i jego kumple. Oglądając film Carpentera, mogliśmy domyślać się, że Norwegowie znaleźli zamrożone w arktycznym lodzie Coś, co rozpętało na stacji piekło i zabiło prawie wszystkich jej mieszkańców. I oto z prequela dowiadujemy się, że… Norwegowie znaleźli zamrożone w arktycznym lodzie Coś itd etc. Brzmi to dość zniechęcająco, a do tego niech mi będzie wolno dodać, że z prequelami bywa trochę jak z tworzeniem arcydzieł sztuki cukierniczej – to, co wydarza się wcześniej jest znacznie mniej ekscytujące niż ostateczny rezultat. Przeczucia nie są zatem dobre już na wstępie.

Wypada jednak dać chłopakom i dziewczynom szansę. Dziewczynom? Tak! Wśród mieszkańców stacji znalazły się dwie kobiety (i jeden Afroamerykanin), albowiem w dzisiejszych czasach należy dbać o polityczną poprawność nawet w horrorach, które z zasady były dotąd raczej seksistowskie (i rasistowskie). Gdy zatem „Coś” z hukiem wydostaje się z topiącej się bryły lodu (inteligentnie schowanej przez naukowców w komórce), to właśnie jedna z pań odkrywa, że kosmita jest zmiennokształtny, a potem przejmuje dowodzenie w walce z tajemniczą istotą. I to pomimo tego, że po ekranie przechadza się Joel Edgerton, będący naturalnym kandydatem na bohatera.

Dziewczyna, jak to w życiu, ma zawsze trudniej. Oprócz kosmity musi zmagać się również z samcami alfa, na domiar złego mającymi wyższy stopień naukowy. Upokorzeni faceci co rusz sabotują jej rozsądne decyzje, ustawiając się tym samym po stronie mięsożernej obcej istoty, która próbuje opuścić stację i Opanować Świat. „Męski szowiniźmie, jesteś głupi i ślepy” – chciałoby się zakrzyknąć, jednak nie warto, gdyż i tak wiadomo, że samce poniosą zasłużoną, obślinioną i pełną zębów karę. Nie ukrywam, że ów bez mała feministyczny akcent daje sporą zabawę. W szczególności rozkoszna jest scena, w której osiłkowaty Edgerton, wyposażony w jakąś nieadekwatną broń, chowa się przed Cosiem w kuchni jak typowa damsel in distress. Carpenterowski MacReady, widząc ten upadek męskiej rasy, zapewne zaryczałby jak ranny łoś.

Ten modny rys byłby może i świeży, gdyby nie to, że ikoną walk z morderczymi stworami z kosmosu jest przecież kobieta – znana z serii o „Obcym” Ellen Ripley. Reszta filmu to również wcielona wtórność, zrealizowana bez polotu i bez dbałości o zbudowanie nastroju. Kosmita-imitator, który potrafi doskonale podszyć się pod człowieka – to przecież klasyk, wykorzystany koncertowo nie tylko w poprzednim „Cosiu”, ale i w świetnej Inwazji porywaczy ciał. Specyficzny urok tego typu produkcji sprowadza się do niepewności, czy człowiek, dajmy na to, siedzący obok nas w autobusie, jest zwykłym przedstawicielem rasy ludzkiej, czy kosmicznym terrorystą, gotowym odgryźć nam witalne części ciała, gdy tylko spuścimy go z oka.

Van Heijningen zdecydował się dać nam całą masę odgryzania, a niespecjalnie wiele niepewności, zakładając, że widza da się skutecznie przestraszyć CGI, a jeśli to się nie uda, momentami „Bu!”. Trzeba przyznać, że dołożył starań, by Coś mógł zostać nazwany może nie strasznym, ale z pewnością krańcowo obrzydliwym potworem. Zmiennokształtna, generowana komputerowo postać kosmity robi z ludźmi takie rzeczy, że czasem naprawdę doskwiera fakt, iż przed wejściem na projekcję nie rozdaje się papierowych toreb.

Oczywiście zrobienie filmu, którego zakończenie widzowie już znają, jest trudniejsze niż zabranie się za oryginalny materiał. Ale nie jest to przedsięwzięcie z góry skazane na porażkę, czego w tym roku z klasą dowiódł Matthew Vaughn, realizując prequel X-menów. Okazało się ono jednak zbyt trudne dla debiutanta, który jak dotąd popełnił jeden krótki metraż i sporo reklamówek. Film kończy się nawiązaniem do „Cosia” z 1982 roku, z grającymi w tle pierwszymi taktami słynnej muzyki Morricone. Trudno o bardziej bolesny kontrast.

Coś (The Thing, 2011), reż. Matthijs van Heijningen Jr. aa Coś (The Thing, 2011), reż. Matthijs van Heijningen Jr. aCoś (The Thing, 2011), reż. Matthijs van Heijningen Jr. aaa

(Visited 18 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>