Agata Malinowska

Berberian Sound Studio (Peter Strickland, 2012)

Berberian Sound Studio (Peter Strickland, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Berberian sound studio to film, w którym nie zobaczymy kropli krwi – jednak wścibskim sąsiadom, podsłuchującym zza ściany, z pewnością zjeżą się włosy na głowie. Niezależny brytyjski reżyser, Peter Strickland, nakręcił bowiem film o dźwięku, i to dźwięku nie byle jakim, lecz wyjętym prosto z giallo – krwawych włoskich horrorów, których najlepszy okres przypada na lata 70 ubiegłego stulecia. Temat specyficzny, przedsięwzięcie karkołomne – czego jednak nie robi się dla swej ukochanej obsesji. Ów rezultat trzyletnich wysiłków, choć formalnie atrakcyjny, nie uwiedzie raczej przygodnego widza. Dla wąskiej grupy koneserów stanowi jednak niezły materiał na kultowy klasyk.

Gdy utalentowany domorosły dźwiękowiec James Gilderoy przybywa do Włoch, nie wie jeszcze nad jakim filmem przyjdzie mu pracować. Sugerując się ekstrawaganckim tytułem Equestrian vortex (Hippiczna otchłań) sądzi być może, ze będzie miał do czynienia z przyrodniczym dokumentem – gatunkiem, nad którym często pracował w rodzimej Wielkiej Brytanii. Dlatego widok dwóch upiornych typów siekających przed mikrofonem arbuzy jest dla niego pewnym zaskoczeniem. Jeden z techników częstuje go kawałkiem zmasakrowanego owocu. Gilderoy, jakby pogrążony we śnie, nadgryza czerwony miąższ. Oto rytuał przejścia, przepustka do innego świata, w którym życie dźwiękowca pełne jest wrzasków cierpienia, groteskowych bulgotów stworów przybyłych z zaświatów i odgłosów wymyślnych tortur – nie wspominając o źle skrywanej niechęci ze strony miejscowej ekipy. Ta kraina, pełna mrocznych namiętności i mizoginistycznego okrucieństwa, stanie się dla wrażliwego syna Albionu przedsionkiem piekła.

Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że Stricklanda najbardziej w tym wszystkim interesuje sam dźwięk – zarówno soniczne eksperymenty, jak i tradycyjna kuchnia horroru, w której upadek z okna symuluje się za pomocą przejrzałej cukinii, a wyspecjalizowane diwy udają przed mikrofonem zombie-czarownice. Mówimy, rzecz jasna, o technologii analogowej, towarzyszącej niegdysiejszym triumfom giallo, wraz z całą jej mistyczną otoczką. Wielkie, obracające się szpule z taśmą, kilometry kabli, zaplamione kawą wykresy i tony przeznaczonych na stracenie owoców – wszystko to celebruje się tutaj z pietyzmem przekraczającym granice maniactwa. Scenografia pełna jest autentycznego sprzętu, niejednokrotnie literalnie wyciągniętego ze śmietnika, zaś każdy dźwięk nagrany na filmowej taśmie ma swoje źródło na planie. To ostatnie nie brzmi zapewne zbyt imponująco, dopóki nie usłyszy się tego, co ma do zaoferowania Berberian…. Powiedzmy sobie szczerze: ludzkie struny głosowe to naprawdę bardzo plastyczny instrument. O samobójczej z komercyjnego punktu widzenia decyzji napisania dialogów po włosku z litości nie wspominam.

Trudno mi powiedzieć, czy ta szczególna fascynacja Stricklanda jest zaraźliwa – czekam z tym na obiektywnego widza – ale z pewnością jest zrozumiała dla każdego, kto liznął nieco giallo, w szczególności widział Suspirię Dario Argento. Poczesną rolę w kreowaniu niezwykłej atmosfery pełni tam sugestywna muzyka skomponowana i wykonana przez zespół Goblin, bardzo oryginalna i w niczym nie przypominająca standardowych filmowych snujów. Jeśli wierzyć reżyserowi Berberian…, nie był to przypadek odosobniony i wiele ścieżek dźwiękowych z giallo może stanowić dobry przykład tego, co na ówczesne czasy było muzyczną awangardą.

Wielbiciele Argento docenią zresztą nie tylko sam fakt podjęcia podobnego tematu. Z pewnością pokiwają z satysfakcją głowami, dowiedziawszy się, że reżyserowi udało się pozyskać do współpracy specjalistkę, której krzyki ubarwiły ścieżkę dźwiękową Ptaka o kryształowym upierzeniu. Zaś „film w filmie”, nad którym pracuje główny bohater (z góry uprzedzam, że nie zobaczymy ani jednego kadru), ma kilka fabularnych punktów stycznych z wspomnianą wyżej Suspirią.

Każdy, kto doczytał aż dotąd z pewnością pojął już take-home message: fanów horroru otwartych na nowe doświadczenia czeka prawdziwy nerdgasm. Istotną kwestią pozostaje jeszcze to, czy Berberian… daje się obejrzeć z przyjemnością po prostu jako film. Otóż daje. Jakiekolwiek bóstwo czuwało nad realizacją, z pewnością akurat było w dobrej formie, kiedy obsadzano główną rolę. Większość aktorów gra tu raczej dosadnie, jednak Toby Jones daje nam wspaniałą, delikatną kreację. Gilderoy to wrażliwy introwertyk zamieszkały w świecie dźwięku (zaszczytne porównanie z Rozmową Coppoli jest uzasadnione), bezbronny wobec otaczającej go akustycznej i psychicznej przemocy, łączący cechy everymana i sawanta. Współczucie dla niego jest kluczem emocjonalnego odbioru Berberian…. I Jonesowi udaje się je wzbudzić. Do kompletu mamy jeszcze klimatyczne zdjęcia i całkiem udaną, nieco lynchowską fabułę (o ile „udana lynchowska fabuła” nie jest dla Ciebie, Czytelniku, sprzecznością).

Podobnie jak obsypany Oscarami i Globusami Artysta, Berberian sound studio stanowi hołd dla świata, którego już nie ma. Skompletowanie sprzętu do scenografii było zapewne tanie, bo studia dźwiękowe zamieszkują dziś ludzie, którzy zamiast plątać się w kablach i taśmie „klikają w plug-iny”. Czarno-biały melodramat ofiarował nam nostalgiczne wzruszenia. Strickland stawia raczej na niewidzialną (dosłownie!) grozę – i za ten bezkompromisowy gest szczerze go podziwiam. A jego film kocham miłością, jak należy, ślepą.

(Visited 14 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>