Agata Malinowska

Barton Fink (Ethan Coen, Joel Coen, 1991)

Barton Fink (Ethan Coen, Joel Coen, 1991)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Do wczoraj nie znałam filmu, który oddawałby w pełni strach towarzyszący widokowi pustej kartki. Kartki, którą trzeba zapełnić. Ale dziś, kiedy tak patrzę w ziejący nicością interfejs do pisania notek, już wiem, że gdzieś tam w filmowym uniwersum istnieje osoba, która mnie rozumie. Nazywa się Barton Fink.

Barton jest młodym, dobrze zapowiadającym się dramaturgiem, któremu życie spłatało psikusa, każąc związać się kontraktem z hollywoodzką wytwórnią filmów. Do tej pory pisał o zwykłych ludziach – ich małych, nieciekawych problemach i codziennych dramatach. Teraz beznadziejnie ciągnące się popołudnia spędza, próbując sklecić historię o zapaśniku wrestlingu, przyklejając odpadające tapety, gapiąc się na obrazek na ścianie i poznając dziwnych, trochę upiornych niewolników showbiznesu. Lub rozmawiając ze swoim sąsiadem, rubasznym sprzedawcą ubezpieczeń Charliem. Nudne i pełne męki życie pisarza cierpiącego na twórczą niemoc. Do chwili aż stanie się coś strasznego…

Na tle twórczości braci CoenBarton Fink” zdecydowanie wyróżnia się jednym – główny bohater, a właściwie i jego sąsiad – może i jest przerysowany, ale nie jest przygłupem. Przygłupie lub straszne jest za to wszystko wokół, każdy jeden element wielkiej maszyny do robienia filmów zwanej Hollywood. Im więcej nabieramy sympatii do Bartona lub Charliego (brawurowe pokazy aktorskie!), tym silniej odczuwamy kontrast.

Dzięki temu „Fink” nabiera cech bardzo mrocznej satyry, podszytej grozą czy nawet surrealizmem. Osobiście bardzo zaangażowałam się w ten film – Fink, inteligentny, patologicznie nieśmiały introwertyk, a jednocześnie ognisty pasjonat literatury, wydał mi się bardzo bliski. Dlatego szczególnie mnie obeszła jego dziwna historia, w której ostatecznie najbardziej ludzką postacią i sprzymierzeńcem w fabryce snów okazuje się przerażający czarny lud. Więcej nie napiszę, by nie psuć zabawy.

Konstrukcja postaci i dobór aktorów jest zdecydowanie mocną stroną tego filmu. To one są siłą nośną jeśli chodzi o humor, począwszy od boya hotelowego (niesamowity Buscemi) a skończywszy na dwóch stróżach prawa, którzy najwyraźniej zmęczyli się grą w dobrego i złego policjanta i grają już tylko w dwóch złych. Scenografia, paleta kolorów i muzyka tonują jednak komediowość. W efekcie film może wydać się trochę przytłaczający, ale nie na tyle, by odepchnąć od ekranu. To z kolei zasługa scenariusza, pełnego niedomówień, chwilami bardzo zaskakującego.

Ano właśnie – scenariusz. Coenowie dają nam sporo wskazówek na temat historii o wrestlerze, którą tworzy Fink – trochę banalnej, trochę podniosłej, obowiązkowy wątek romantyczny, koniecznie podstarzały Wallace Berry w roli głównej. Bohater, ostatecznie przecież orędownik zwykłych ludzi, nadaje jej kształt swych egzystencjalnych dramatów. Jaki jest ostateczny efekt? No cóż, kiedy otarłam łzy radości na tyle by poczytać wywiady, przekonałam się, że Darren Aronofsky jest już oswojony z żartami na ten temat.

Bracia Coen nie zawiedli mnie po raz kolejny. „Barton Fink” jest osobną, oryginalną pozycją w ich filmografii. Zawiera co prawda coenowy humor, wrażliwość kolorystyczną, typowo przerysowane postaci, ale w specyficznych proporcjach, które kierują go nieco w stronę Lyncha i Cronenberga. To lubię.

Barton Fink (Ethan Coen, Joel Coen, 1991) aa Barton Fink (Ethan Coen, Joel Coen, 1991) aBarton Fink (Ethan Coen, Joel Coen, 1991) aaa

(Visited 16 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>