Mariusz Czernic

Bandyci w Mediolanie / Banditi a Milano (Carlo Lizzani, 1968)

Bandyci w Mediolanie / Banditi a Milano (Carlo Lizzani, 1968)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Bandyci w Mediolanie to dramat kryminalny relacjonujący dramatyczne wydarzenia jakie rozegrały się we wrześniu 1967 roku za sprawą czteroosobowej bandy Cavallero. Nie komplikowano tu fabuły zbędnymi scenami, ale szybkie cięcia montażowe i nielinearna konstrukcja (retrospekcje) sprawiły, że film może wydawać się bardziej skomplikowany niż jest w rzeczywistości. Zaczyna się od obrazu przedstawiającego wzburzony tłum pragnący zlinczować człowieka. Interwencja policji ratuje delikwenta, by go przesłuchać i schwytać jego wspólników. Wówczas niezawodne w takich sytuacjach flashbacki próbują wyjaśnić, o co tak naprawdę tyle hałasu. Poznajemy więc zakulisowe działania, które stały się bezpośrednią przyczyną zamieszek w Mediolanie.

Ten policyjno-gangsterski dramat uważany jest (m.in. przez znanego krytyka Rogera Eberta) za dzieło prekursorskie dla włoskiej odmiany kina sensacyjnego zwanej poliziottesco. Oprócz artystycznych zabiegów typowych dla twórcy wychowanego w duchu powojennego neorealizmu, film zawiera sporą dawkę emocji jaką są w stanie zapewnić mistrzowsko zrealizowane filmy akcji. Punktem zwrotnym jest napad na Banco di Napoli w Mediolanie, po którym następuje brawurowy pościg samochodowy i towarzysząca mu strzelanina. Podczas wymiany ognia giną przypadkowi ludzie, co prowadzi do rozdrażnienia miejscowej ludności. W każdym drzemie prawdziwy szał zabijania i ludzie gotowi są zlinczować bandytów za ich bezmyślność i brawurę, które doprowadziły do tragedii i rozpaczy.

Mimo iż Bandyci w Mediolanie to przeniesienie na grunt włoski amerykańskich filmów gangsterskich (takich jak Bonnie i Clyde) reżyser nie zapomniał, że opowiada historię autentyczną, więc należy zachować pozory realizmu. Dało o sobie znać jego doświadczenie dokumentalisty, bo film szczególnie w początkowych partiach wygląda jak paradokumentalny reportaż o zamieszkach na ulicach miasta. Lizzani pokazuje nagłówki gazet, by podkreślić jak wielką rolę w ustalaniu prawdy odgrywają media. To one kształtują osąd człowieka na temat działań przestępców, policjantów, sądów i innych instytucji. Można zauważyć również antywojenny przekaz, bo skoro śmierć zaledwie kilku przypadkowych cywilów wzbudza aż takie poruszenie to do czego jest w stanie doprowadzić śmierć tysięcy ludzi podczas kampanii wojennych.

W roli herszta bandy rabusiów wystąpił Gian Maria Volonté, zaś jego antagonistą, komisarzem policji został Tomas Milian. Obaj aktorzy stworzyli już wcześniej znakomity duet w spaghetti westernie Twarzą w twarz (1967). Mogli w nim ukazać swoją drapieżność i charyzmę pasujące do ról nieprzewidywalnych antybohaterów. Niestety, w Bandytach z Mediolanu takiej szansy nie otrzymał Tomas Milian. Rola nieskazitelnego stróża prawa to nie jest to, w czym aktor czuł się najlepiej. Dlatego cały film zagarnął dla siebie Volonté, który mimo iż nie pierwszy i nie ostatni raz zagrał bandytę zaskakuje interpretacją swojej postaci. Grany przez niego Cavallero to egocentryczny i ekstrawagancki lider gangu, prawdziwy szaleniec pozbawiony skrupułów, lecz obdarzony dziwacznym poczuciem humoru. To także były działacz komunistyczny, który po wyrzuceniu z partii swoim polem działania uczynił mediolańskie banki, na których można się nieźle obłowić. Zgromadził wokół siebie ekipę skłonnych do ryzyka facetów i z bronią w ręku ruszył na miasto. Najmłodszy z członków gangu to 17-letni żółtodziób, którego zagrał Ray Lovelock, późniejsza gwiazda włoskich filmów sensacyjnych.

Film jest zrealizowany z ikrą i pomysłem, zaś montaż jest dynamiczny i intensywny, co dodaje filmowi ognia i brawury. Nie jest to z pewnością bezmyślna i tania rozrywka zrobiona po łebkach, a o wysokiej randze produkcji świadczą prestiżowe nagrody. Dawidem Donatella wyróżniono reżysera Carla Lizzaniego i producenta Dina De Laurentiisa, Srebrną Taśmę otrzymali scenarzyści, a Złotym Globem nagrodzono aktora, wspomnianego Volonté, który po raz kolejny udowodnił, że w graniu łotrów nie ma sobie równych. Fala włoskich filmów sensacyjnych (jak również spaghetti westernów) wiąże się z komercjalizacją kinematografii – to efekt uboczny walki z telewizją odnoszącą coraz większe sukcesy w latach 60. Jednak takie filmy jak Bandyci w Mediolanie są dowodem na to, że kino komercyjne może prezentować wysoki poziom artystyczny, zdobywać nagrody i dobre opinie krytyków. Jedyne co może rozczarować to muzyka, nie jest wprawdzie irytująca, ale nazwisko Riza Ortolaniego obiecywało więcej.

Ten energiczny thriller nie pozbawiony jest drastycznych fragmentów, jak np. spalenie żywcem dziewczyny w lesie jako kara za nieposłuszeństwo. Takie poboczne wątki mają uzmysłowić ludziom, że napady na banki nie są jedyną zmorą tego miasta. Gdzieś na uboczu popełnianie są bardziej dyskretne, nie nagłaśniane przez media przestępstwa, z którymi policja nie jest w stanie się uporać. Przede wszystkim jest to film o bezpardonowej walce mediolańskiej policji z bankowymi rabusiami. Kradzieże nie są tu dokonywane przez dżentelmenów-włamywaczy jak w brytyjskich i amerykańskich filmach kryminalnych, ale przez anarchistycznych bandytów, którzy potrafią działać ostro i zdecydowanie. To jeszcze nie jest tak mocne i efektowne kino anarchii jak klasyczni reprezentanci poliziotteschi z lat 70. (filmy Di Leo i Castellariego), ale widać tu nowatorskie zabiegi formalne i elementy, które aż się proszą o wykorzystanie, rozwinięcie i udoskonalenie.

Będący momentem kulminacyjnym car chase jest równie ekscytujący i epicki co w Bullicie z tego samego roku. Żadnej muzyki w tle, tylko policyjne syreny, piski opon, odgłosy strzałów, a także napięcie wynikające stąd, że akcja toczy się na zatłoczonych ulicach miasta, gdzie roi się od potencjalnych ofiar wypadków. Ten pościg pełni ważną funkcję, pokazuje że zarówno gliniarze jak i przestępcy nie mają konkretnego planu, działają instynktownie na zasadzie „a nuż się uda”. Prowadzi to do wielu nieprzewidzianych sytuacji i trudnych do opanowania zdarzeń. Aby złapać bandytów gliniarze nie zamierzają się zatrzymać, co powoduje że i przestępcy dodają gazu. Ulice Mediolanu stają się polem dramatycznej rozgrywki, której ofiarami padają przypadkowi przechodnie i kierowcy. Gdyby policjanci nie podjęli pościgu pewnie nie doszłoby do strzelaniny i ludzie nie straciliby życia. Nie ma więc jedynej słusznej decyzji, bo każda, nawet podejmowana w dobrej wierze, może mieć przykre w skutkach konsekwencje.

Bandyci w Mediolanie to bardzo dobry przykład na to, że Włosi potrafili kręcić porządne dramaty sensacyjne, w których przemoc oraz wartka i trzymająca w napięciu akcja doskonale służą opartej na faktach historii. W następnych latach realizowano coraz więcej filmów, w których stróże prawa wykazywali się brutalnością, by bardziej dosadnie ukazać targającą nimi wściekłość i przy okazji dać przestępcom solidny wycisk. Grany przez Tomasa Miliana policyjny inspektor to jednak nie „brudny Harry”, ale zwyczajny funkcjonariusz, który równie dużo czasu spędza na przesłuchaniach i rozmowach z dziennikarzami co na akcjach w terenie. Film Lizzaniego to precyzyjnie wykonany eurocrime pełen dynamiki, suspensu i agresji. Mediolan przedstawiony jest jako gniazdo występku, gdzie panuje totalny bałagan jak po wielkiej bitwie. Zarówno wielbiciele szybkiego kina akcji jak i miłośnicy realistycznych dramatów kryminalnych powinni tu znaleźć coś dla siebie. Na ponury i chłodny jesienny wieczór ten film jest w sam raz.

 02-00066806Banditi a Milano (Carlo Lizzani, 1968) aaa

(Visited 28 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>