Agata Malinowska

Avengers: Czas Ultrona / Avengers: Age of Ultron (Joss Whedon, 2015)

Avengers: Czas Ultrona / Avengers: Age of Ultron (Joss Whedon, 2015)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Filmy superbohaterskie to nie tylko amerykańska specjalność. To także swego rodzaju amerykańskie fantazje, czy też senne marzenia, pakowane w błyszczące papierki i sprzedawane widzom na całym świecie. I tak dzięki Zimowemu żołnierzowi, drugiej odsłonie przygód Kapitana Ameryki, cały świat ponownie przeżył aferę Snowdena, a potem jego symboliczną rehabilitację. Iron Man 3 dał nam sen o złej korporacji – prawdziwym terroryście zagrażającym bezpieczeństwu świata. Avengers: Czas Ultrona zaś zdaje się wracać do tradycyjnego mitu USA jako humanitarnego, pokojowo nastawionego imperium. Pozornie – jest to bowiem film niosący inną jeszcze prawdę o Ameryce. Jedną z tych najbardziej gorzkich.

Avengers: Czas Ultrona rozpoczyna się dynamicznymi scenami ataku tytułowej drużyny – teraz już idealnie zgranej – na tajną bazę organizacji Hydra. Ich zadaniem jest odzyskanie berła Lokiego, w które wprawiony jest potężny klejnot. Misja zostaje wykonana, jednak zanim wszystko się skończy, bohaterowie zetkną się z dwojgiem Ulepszonych – rodzeństwem o niezwykłych umiejętnościach, stworzonym przez Hydrę w czasie tajnych eksperymentów. Jedno z nich wykorzysta swe moce, by dokonać psychicznego ataku na Iron Mana. Trawiony paranoją Tony Stark powraca do Nowego Jorku, by przy pomocy świeżo zdobytego berła stworzyć Ultrona – potężną sztuczną inteligencję mającą raz na zawsze zapewnić światu bezpieczeństwo. Nie zdążycie zapewne wymówić do końca tytułu Odyseja kosmiczna 2001, zanim na pół oszalały Ultron zaatakuje bohaterów relaksujących się na przyjęciu, potem zaś ucieknie… do Rosji, by sprzymierzyć się z Ulepszonymi i rozpocząć przygotowania do Apokalipsy.

Pierwsza część Avengers przyniosła ze sobą oczywistego złoczyńcę, przeciw któremu drużyna mogła z czystym sumieniem się zjednoczyć. Demoniczny brat Thora, Loki, i jego armia kosmitów, sprawdzali się całkiem nieźle jako zło wcielone. W Czasie Ultrona praprzyczyna globalnej demolki jest właściwie jedna, a na imię jej Tony Stark. Iron Man to nie tylko najbardziej barwny Avenger, ale też najbardziej kontrowersyjny. Nawrócony producent broni, arogancki i nieodpowiedzialny, bezustannie tworzący kolejne wersje jakiejś zbroi – dla siebie lub dla świata – na wypadek nadchodzącej katastrofy, ostatecznie sam zasiewa ziarno, z którego zakiełkuje Armagedon. Dwoje Ulepszonych pamięta doskonale nazwisko wypisane na bombach, które uczyniły z nich wojenne sieroty. Ultron zaś pragnie śmierci swego twórcy równie mocno, co zagłady ludzkości.

Nie ma więc znaczenia, ile budynków zostanie zmiażdżone w czasie spektakularnych bitew, które nadejdą potem. Ani też to, ilu cywilów uratuje superbohaterska drużyna – bo troski o cywilów jest w tym filmie niemal tyle samo, co miażdżenia. Ameryka z pewnością pobije swoich wrogów i zapewni światu pokój, to przecież taki właśnie film – najpierw jednak tych wrogów stworzy. Stworzy ich powodowana arogancją, chęcią zysku lub strachem, pokona zaś dlatego, że jest gołąbkiem pokoju. Albo dlatego – co bardziej mnie przekonuje – że prawdziwy mężczyzna ogarnia swój bałagan. Avengers: Czas Ultrona metaforą interwencji w Iraku i Libii i powstania ISIS, co Wy na to?

We

Wracając do wspomnianego strachu – przejawiającego się paranoidalną potrzebą kontroli i inwigilacji – to od jakichś dwóch-trzech filmów systematycznie próbuje się przekonać widzów, że jest to cecha wybitnie nieamerykańska. Projekt Insight, spektakularny plan szpiegowania i prewencyjnej eliminacji wrogów z Zimowego Żołnierza, okazał się być inspirowany przez Hydrę. Tony Stark w trzeciej części swoich przygód pokonał zarówno traumę po ataku obcych, jak i nawiedzające go koszmary o zagładzie Ziemi. Dopiero przemożny wpływ parapsychicznej mocy Ulepszonej Rosjanki (he he….) pchnął go ponownie w stronę marzeń o projekcie Ultron – omnipotentnym światowym policjancie. I choć sami Amerykanie pozwalają się szpiegować, licząc na więcej bezpieczeństwa, wyraźnie nie lubią, by przypominać im, że zgodzili się na ten stan rzeczy powodowani strachem.

Nie przerywajmy tego festiwalu nazywania nienazwanego i przejdźmy na moment do wątku spajającego marvelowski serial – Kulek Mocy (AKA Kamieni Nieskończoności), do których należy zarówno płynny Eter z drugiej części Thora, kubiczny Tessaract z Avengers, jak i klejnot zdobiący berło Lokiego*. Kulki Mocy odgrywają przeważnie w każdym filmie rolę nieruchomego poruszyciela – złoczyńcy starają się je pozyskać w celach militarnych, bohaterowie zaś zabezpieczyć. Ich atrybuty są dość płynne, przeważnie jednak mówi się o nich w kontekście silnego źródła energii lub potężnej broni. Nasuwają się, rzecz jasna, silne skojarzenia z technologią atomową – jednym z kilku MacGuffinów globalnej polityki. Czas Ultrona to również film o dwóch twarzach nie tylko atomu (Kulka Mocy staje się tu faktycznym podmiotem akcji), ale też technologii w ogóle. I pierwszy z filmów tej franczyzy, w którym przełamana zostaje podskórnie do tej pory wyczuwalna technofobia. Niestety nie pierwszy, w którym osiągnięty zostaje parytet płci wśród superbohaterów, ale również i w tym obszarze widzę pewien postęp.

Avengers: Age of Ultron

Na koniec pozostaje tylko wynurzyć się na chwilę ze szczęśliwego świata metafor, by odnotować kilka istotnych faktów, które z pewnością zniechęcą do mnie tych, co mieli na tyle samozaparcia, by doczytać aż do tego akapitu. Najważniejsze – Avengers: Czas Ultrona to film stosunkowo kiepski. Gdzieś tam pod grubą warstwą gruzu bije serce włożone w ten film przez reżysera, którego cenię. Można je czasem dostrzec w kilku autoironicznych żartach, swobodzie dialogu, wspaniałej choreografii wspólnych scen walki. Whedon potrafi stworzyć z bohaterów prawdziwą drużynę. Cieszę się, że Andy Serkis ma wreszcie okazję pojawić się na ekranie w roli niewymagającej motion capture. Cenię świetny głos Ultrona – dzieło Jamesa Spadera. Trudno mi jednak przejść do porządku dziennego nad scenariuszem zlepionym z klisz i banałów, któremu patronowali najwyraźniej dwaj greccy bogowie – Patos i Chaos. Czas, by ktoś powiedział mi teraz, że Avengers to przecież nie Makbet, że jest to przede wszystkim film akcji. Problem w tym, że nawet słynna superbohaterska demolka, rozplanowana, przyznaję to, z dużą starannością, a może nawet inwencją, została bez litości posiekana montażem, a potem brutalnie wciśnięta widzom w oczy. Czas Ultrona nie wybija się w tym zakresie ponad zwykłą wyrobniczą normę i chociaż dostarcza obiecanej liczby wybuchów na sekundę, robi to bez krzty natchnienia lub emocji. Psioczyłam również na ostatnią część Hobbita, ale jedno muszę Jacksonowi przyznać – pokazał mi Bitwę Pięciu Armii ze szczegółami, jakie zadowoliłyby nawet stratega wojennego. Whedon, który nigdy nie był wielkim specjalistą od scen akcji, najwyraźniej wziął na siebie zadanie ponad siły. Zatem – Avengers? Nie polecam. Nawet jeśli długość tej recenzji może sugerować inaczej.

* tak, również Kamień Mocy ze Strażników Galaktyki. Czy spodobałoby Wam się spotkanie Hulka z Grootem?

Trailer

Galeria

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>