Przemysław Sopocko

Arthur (Jason Winer, 2011)

Arthur (Jason Winer, 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

W 1981 r., Steve Gordon, nakręcił „Arthura”, z Dudley’em Moore’m i sir Johnem Gielgudem w rolach głównych. Obraz ten dostał dwa Oscary (R) – za piosenkę oraz aktora drugoplanowego – Gielgud. Lindę, prawdziwą miłość Arthura, zagrała sama Liza Minnelli.

W 2011 r., Jason Winer, nakręcił remake powyższego filmu, tytułując go „Arthur”. W głównej roli wystąpił brytyjski aktor – Russell Brand. W tej wersji, zamiast lokaja Hobsona, była niania Hobson, grana przez Damę Helen Mirren. To nie jedyne różnice, ale o tym poniżej.

Arthur” z 2011 r., dzieje się we współczesnym Nowym Jorku. Arthur Bach (Brand), jest ok. 40letnim dziedzicem miliardowej fortuny, zachowującym się na poziome zepsutego 15latka. Jego matka, Vivienne (Geraldine James), niepokoi się o postrzeganie firmy przez inwestorów, skoro jej syn ma takie podejście do życia. Z filmu dowiadujemy się, że  ojciec Arthura zmarł, gdy miał on 3 lata. Z kolei jego matka, nie miała z nim jakiegoś bliższego związku. Obowiązek wychowawczy, spadł na nianię Hobson (Mirren). Matka Arthura, obawiając się o firmę, aranżuje małżeństwo syna i diabolicznej Susan Johnson (Jennifer Garner), córki Burta Johnsona (Nick Nolte). Arthur, godzi się na takie rozwiązanie. Susan, uzyska nazwisko i możliwość kierowania firmą, a nasz bohater, nie straci fortuny.

Jednak, jak to w filmie romantycznym, Arthur, poznaje przypadkiem Naomi (Greta Gerwig), ubogą przewodniczkę bez licencji z Queens, która chciałaby pisać książki dla dzieci, a nawet ma swoje projekty. Oczywiście, na zasadzie kontrastu, Naomi jest przeciwieństwem Arthura. Nie muszę chyba pisać, jak to się wszystko kończy. Tu, mimo wszystko jest happy end.

Tyle o treści, teraz mocne strony filmu. Przede wszystkim, aktorzy. Russell Brand, odkryty w 2010 r. filmem „Get him to the Greek” (widziałem plakaty w Wielkiej Brytanii w 2010 r., niestety nie znam polskiego tytułu), to główna postać. Mimo, że to słaby aktor, tu gra bez zarzutu, choć drażni mnie jego obślizgłość. Dama Helen Mirren, czyli Elżbieta II z „Królowej” (2006), czy pani Wilson z „Gosford Park” (2001), a dla mnie przede wszystkim, jako królowa Zofia Charlotta Mecklenburg-Strelitz, czyli żona wesołego wariata, Jerzego III, z filmu „Szaleństwa króla Jerzego” (1994), trzyma klasę, mimo miałkości tematu. Niania w jej wykonaniu, wzbudza pozytywne uczucia, jednocześnie pokazując, że ona jedna dba o i rozumie Arthura.

Także, ona jedyna, dostrzega w nim, to czego inni nie widzą. Choć, ze swoją aparycją i sposobem wysławiania się, powinna raczej grać arystokratki, czy królowe. I to niania Hobson, wyjaśnia Arthurowi, że nie wszystko da się kupić za pieniądze. W tym przypadku, czymś, co jest nie do kupienia, okazuje się prawdziwa miłość. Nick Nolte, pojawia się kilka razy, ale nie będę komentować jego gry aktorskiej. Jennifer Garner (czyli słodka Vanessa z „Juno”)- można się jej bać jako Susan, której zależy tylko na pomnożeniu pieniędzy i nazwisku. Moim zdaniem, zaraz za nianią Hobson, prawdziwa postać kobieca.

Greta Gerwig, jakoś tak znika, choć „słodko wygląda”. Gra miłość Arthura, lecz mnie tak bardzo nie przekonała. A szkoda. Geraldine James, jako Viviene Bach, pasuje do roli matki, która bardziej zajmuje się firmą, niż synem. Luis Guzman, czyli Bitterman, kierowca i lokaj Arthura, ze swoją aparycją, poczciwego, acz otyłego i niskiego Portorykańczyka bardzo śmieszy, nosząc hełm Vadera, czy prowadząc Batmobil. Guzman, wystąpił m.in. w „Życiu Carlita”, „Co z oczu, to z serca”, „Dwóch gniewnych ludziach”, nie zmieniając się nic, przez te 20 lat.

Wykonanie, pod kątem scenografii (Nowy Jork), zdjęć (Uta Briesewitz) i muzyki (Theodore Shapiro), jest bardzo dobre. Niektóre, motywy muzyczne, jak ten miłosny, nadają dodatkowego charakteru, tymże scenom. A wplatanie piosenek – trzeba to umieć zrobić.

Naczytałem się kiedyś wiele złego o tym filmie. Nawet odkryłem, że miał 2 nominacje do Złotych Malin – najgorszy aktor – Brand i najgorszy prequel/sequel/rip-off (zrzyna), moim zdaniem są nieuzasadnione.

Każda komedia romantyczna, ma happy end. Każda, jest trochę naiwna i przewidywalna. Przekaz: „Prawdziwa miłość bezcenna, za wszystkie inne rzeczy zapłacisz MasterC… „, idealnie pasuje, żeby obraz  spokojnie obejrzeć z bliską sobie osobą, akurat w niedzielny wieczór.

(Visited 12 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>