Mariusz Czernic

American Horror Story (Ryan Murphy, Brad Falchuk, serial 2011)

American Horror Story (Ryan Murphy, Brad Falchuk, serial 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

W historii telewizji nie brakuje seriali grozy zrealizowanych w formie antologii. Takie produkcje jak Strefa mroku, Opowieści z krypty i Masters of Horror składają się z krótkich horrorów nie powiązanych ze sobą spójną fabułą. Jednak takiej antologii jak American Horror Story jeszcze nie było. Bo tutaj jedna spójna opowieść zamknięta jest w dwunasto- lub trzynastoodcinkowym sezonie. Dzięki temu widz lepiej angażuje się w opowiadaną historię, lepiej poznaje bohaterów i odczuwa większe emocje, gdy tym bohaterom dzieje się krzywda. Tytuł serialu jest trafny, bo mamy w nim kompilację przeróżnych motywów z wielu dreszczowców, przeważnie amerykańskich. Twórcy dowolnie i często w sposób bardzo zaskakujący korzystają z klasycznych horrorowych chwytów i motywów. Nie schlebiają gustom publiczności, kreując serial bardzo nieprzyjemny, kampowy, perwersyjny, nierzadko przekraczający granice dobrego smaku.

1. Murder House

(2011 / 12 epizodów)

pomysł serii: Ryan Murphy & Brad Falchuk

Jednym z najczęściej eksploatowanych tematów w amerykańskim kinie grozy są nawiedzone domy i ich lokatorzy. Nic więc dziwnego, że twórcy serialu najpierw zajęli się opowieściami o duchach, przerabiając je na własną modłę. Fabuła jest standardowa dla tego typu produkcji. Do opuszczonej, wystawionej na sprzedaż rezydencji wprowadza się trzyosobowa rodzina, skuszona niską ceną posiadłości. Przeprowadzka miała odbudować relacje rodzinne, a zamiast tego wprowadziła do ich życia odór rozkładu i śmierci. Dom ukrywa w swoim wnętrzu ponure sekrety. Każdy, kto tu zamieszkał umierał w dziwnych okolicznościach albo otarł się o śmierć. Rodzina Harmonów nie została jednak poinformowana o mrocznej przeszłości budynku. Dopiero z upływem czasu przekonują się, że dom ma negatywny wpływ na ich życie.

Od początku widać, że serial nie jest doskonały, ma dobre i złe strony, logika przeplata się z absurdem, a fabuła przerywana jest nudnymi fragmentami rodem z opery mydlanej. Ale jakiś wewnętrzny głos podpowiada, że warto oglądać do końca. W zakończeniu cała historia nabiera sensu, wątki zamykają się harmonijnie i niesztampowo. Nie wszystko zostało jednak dopięte na ostatni guzik, bo zgodnie z żelazną regułą horroru nie można pozwolić, by całe zło zostało unicestwione. Musi pozostać otwarta furtka sugerująca, że diabeł powróci. Scenarzyści zmyślnie manewrują pomiędzy różnymi tonacjami, od powagi do pastiszu. Serial zahacza o tematykę seksu, szkolnej przemocy, kalectwa. Ukazane są problemy typowego małżeństwa i typowej nastolatki. Jest nawet walka o dziecko, jak w jakiejś tandetnej telenoweli.

Od pierwszego odcinka odbiorca, czyli fan horrorów, zastanawia się jaką trasą podążą autorzy i w jakie rejony zaprowadzi ich niezdrowa wyobraźnia? Czy wzorem Lśnienia i Amityville pokażą stopniowe popadanie w obłęd pod wpływem sił nieczystych? Czy inspirując się innym filmem (aby nie spojlerować) pokażą zagubione dusze, które nie wiedzą że umarły? Czy wśród nieżywych lokatorów będą wyłącznie demoniczne zjawy, czy kilka dobrych dusz się znajdzie? Na pewno fabuła nieraz zaskoczy widza. Mnie najbardziej zaskoczył motyw Piggy Mana, inspirowany filmami o „potworach z lustra” takich jak Candyman. Ponadto mamy tutaj szalonego naukowca w stylu doktora Frankensteina, poznamy też znaną z prasy Czarną Dalię, która stała się sławna dopiero po śmierci. Oprócz nadnaturalnych zjawisk wprowadzono też koszmar, który od lat dręczy szkolną młodzież i jej rodziców. Mowa o masakrze, do jakiej dochodzi regularnie w amerykańskich szkołach (np. w Columbine High School w 1999). Jednym z bohaterów Murder House uczyniono psychopatę, który zastrzelił kilku nieświadomych zagrożenia licealistów.

Bardzo dobrze się stało, że Jessica Lange zgodziła się wziąć udział w tym niepoprawnym projekcie. Ostatnio nie miała szczęścia do kina, więc telewizyjni twórcy postanowili ją wziąć pod swoje skrzydła. Na pewno nie pożałowali, bo ta wybitna aktorka potrafiła odnaleźć się w tej pastiszowej, ale i posępnej historii. Zagrała postać tajemniczej kobiety z sąsiedztwa, która ma na sumieniu wiele grzechów. Jej syn jest niezrównoważony psychicznie, a córka niepełnosprawna, co pewnie niektórzy mogą uznać za karę boską, albo po prostu zwykłą ironię losu. Widać, że kobieta jest cholernie umęczona, ale nadal stara się znaleźć jakiś cel w życiu, by nie skończyć jak te żałosne duszyczki w sąsiednim domu. Jessica Lange stworzyła świetną kreację, pozostali aktorzy nie wybijają się ponad średnią. Szczególnie małżeństwo Harmonów to przy niej postacie bezbarwne, których poczynania śledzi się z wyraźną irytacją.

Murder House mimo zalet rozczarowuje, bo ten koktajl strasznych opowieści nie spowodował odpowiednich dreszczy i emocji jakie powinny się pojawiać w trakcie oglądania dobrego horroru. Główny bohater jest psychoterapeutą, więc sporo tu psychologizowania, które zresztą jest bezcelowe, bo jak ktoś jest socjopatą to żadna terapia mu nie pomoże. Pierwszy sezon American Horror Story to nie krwisty horror, lecz dramat o izolacji, konflikcie pokoleń, problemach w komunikacji między ludźmi, a także o seksualności i śmierci. Reżyserzy zadbali jednak o gęstniejącą z każdą minutą atmosferę. Już czołówka zapowiada produkcję duszną, niepokojącą, trochę staroświecką i zagadkową jak stare wyblakłe fotografie, na których uwieczniono osoby od dawna nieżyjące. Murder House to mini-serial refleksyjny i poruszający, ale niezbyt straszny, a przynajmniej nie w tak dużym stopniu jak sezon następny.

2. Asylum

(2012-13 / 13 epizodów)

pomysł serii: Ryan Murphy & Brad Falchuk

Po pierwszym sezonie, który nie spełnił wszystkich oczekiwań, pojawia się w telewizji druga część antologii pt. Asylum. Tym razem udało się wykreować nie tylko intrygującą i nastrojową opowieść, ale cholernie przerażający horror. Tytułowy azyl to nie jest bezpieczne miejsce – to prawdziwe piekło, bo i sam szatan we własnej osobie zaszczyca je swoją obecnością. Do tego miejsca zwanego Briarcliff trafiają osoby niezdolne do życia w społeczeństwie. Ci, którzy nie potrafią odróżnić dobra od zła. Tym osobliwym domem wariatów opiekują się siostry zakonne, ale nie ma tu osób świętych, kierujących się altruizmem. Zarządzająca ośrodkiem stara zakonnica to sadystka, równie nikczemny jest miejscowy chirurg prowadzący ohydne eksperymenty na ludziach. Z kolei będący prawdziwym autorytetem moralnym ksiądz, który zatrudnił tych dwoje, okazuje się kłamcą tak perfidnym, że potrafi oszukać nawet samego siebie.

Murphy & Falchuk wzięli tym razem na warsztat filmy satanistyczne, na czele z Egzorcystą oraz slashery w stylu Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Ale oprócz diabła wcielonego i zwyrodnialca w masce z ludzkiej skóry trafili do tego wariatkowa również: nazistowski lekarz, morderca w stroju świętego Mikołaja, kilku dziwolągów i kilku pechowców, których zamknięto za niewinność. Akcja Asylum rozgrywa się w latach 60, kiedy to homoseksualizm uznawano za chorobę psychiczną. Obserwujemy więc próby wyleczenia lesbijki za pomocą elektrowstrząsów, a gdy to nie pomaga zostaje zastosowana metoda awersyjna. Nie zabrakło ciekawych nawiązań do czasów wojny, która była prawdziwym horrorem dla wielu ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci. Jedna z pacjentek uważa, że jest Anną Frank, słynną żydowską dziewczyną rzekomo zamordowaną przez hitlerowców (jej pamiętnik został zekranizowany w 1959). Na krótko do placówki trafia też mała dziewczynka o morderczych skłonnościach.

Imponująca jest ilość użytych motywów, a także to, że wszystkie elementy udało się poskładać w logiczną całość. Zawsze jednak znajdzie się coś, co będzie przeszkadzać. Największe opory budzi z pewnością wyciągnięty z Archiwum X wątek kosmitów. Na szczęście nie został on rozwinięty na tyle, by popsuć ogólne wrażenia. Barwna i bogata jest galeria nurtujących postaci. Pod tym względem jest lepiej niż w poprzednim sezonie, niemal każda rola jest tu doskonała. Ale Jessiki Lange wciąż nikt nie zdetronizował, ona tu rządzi, zachwyca, budzi lęk i respekt. Biegła w sztuce aktorskiej gwiazda udowodniła, że doskonale czuje się w różnych konwencjach, nie boi się szarżować i ma spory dystans do siebie. Z ogromnym wyczuciem wcieliła się w postać władczej, odnoszącej się do innych z pogardą świętoszkowatej mniszki, pilnującej dyscypliny i porządku. Pod habitem nosi czerwoną bieliznę, która symbolizuje jej przeszłość, kiedy była wyuzdaną piosenkarką, dziwką i alkoholiczką.

Do obsady dołączyli także inni aktorzy z Murder House. Zachary Quinto poprzednio grał geja, więc tym razem wcielił się w psychiatrę, który próbuje wyleczyć homoseksualizm u pacjentki. Evan Peters wcześniej był bezlitosnym psychopatą, tym razem zagrał… człowieka podejrzewanego o dokonanie serii morderstw (widz jednak podejrzewa, że jest on niewinny, bo bez sensu byłoby zatrudnianie tego aktora w podobnej roli). Frances Conroy była poprzednio nudną służącą, tym razem dostała mniej czasu ekranowego, ale za to wypadła zdecydowanie lepiej i to w podwójnej roli: jako dobroduszny anioł śmierci i despotyczna zbrodniarka. Powrócił  także Dylan McDermott i też, mimo mniejszej roli, wypadł znacznie lepiej niż w opowieści o nawiedzonym domu. W nowej ekipie aktorskiej również nie można się dopatrzyć słabych punktów (bezbłędna jest chociażby Sarah Paulson w roli dziennikarki). Fajnie też zobaczyć starych wyjadaczy: Jamesa Cromwella i Iana McShane’a. Ten drugi wystąpił tylko w dwóch odcinkach, ale każdą scenę ukradł dla siebie.

Podobnie jak w poprzednim sezonie czołówka to osobne dzieło sztuki. Dzięki niej już na wstępie odczuwa się niepokojący, klaustrofobiczny nastrój i dreszcz emocji. Zbudowanie odpowiedniej atmosfery to rzecz trudniejsza niż epatowanie okrucieństwem – w tym serialu jest i jedno i drugie, więc każdy fan gatunku powinien być zadowolony. W dodatku intryga została poprowadzona hipnotycznie i nieszablonowo, z odpowiednią porcją czarnego humoru, szyderstwa i psychodelii. Doskonale ukazano piekło na ziemi, przy okazji profanując świętości, drwiąc z ludzi Kościoła i lekarzy, czyli tych którzy powinni świecić przykładem. Katolicki przytułek Briarcliff to bezpieczne schronienie dla tych, którzy chcą uciec od odpowiedzialności za swoje złe uczynki. To miejsce brudne, gnijące, nieprzyjemne, zamieszkane przez złe duchy. Na ścianach wiszą krucyfiksy, ale Boga tu nie ma. Skoro zaś istnieje diabeł to śmierć nie jest żadnym wybawieniem, gdyż może zaprowadzić duszę człowieka do innego piekła.

Zaskakuje czasem dobór muzyki do tego serialu. Szare, złowieszcze kompozycje wpisane są w charakter gatunku, który ten serial reprezentuje, więc one nie utrwalają się w pamięci, wydają się częścią tej piekielnej rzeczywistości jaka zrodziła się w głowach telewizyjnych scenarzystów. Ale na ścieżce dźwiękowej jest też kilka zaskakujących wyborów muzycznych, które pewnie nieprędko wylecą z głowy. Przede wszystkim powtarzająca się francuska pieśń Dominique, mająca terapeutyczny charakter, działająca kojąco, ale chyba tylko na normalnego człowieka. W domu wariatów ten utwór wywołuje rozdrażnienie, nie jest skuteczną terapią. Trudno też zapomnieć o musicalowym popisie Jessiki Lange The Name Game, przywodzącym na myśl burtonowskiego Beetlejuice’a i numer Day-O. Najbardziej istotne i godne podkreślenia jest jednak to, że oprócz takich osobliwych zagrywek, drwin i pastiszu Asylum oferuje także mnóstwo wrażeń, jakich oczekuje się od dobrego horroru.

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>