Agata Malinowska

A.I. Sztuczna inteligencja / Artificial Intelligence: AI (Steven Spielberg, 2001)

A.I. Sztuczna inteligencja / Artificial Intelligence: AI (Steven Spielberg, 2001)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

A.I. Sztuczna inteligencja Stevena Spierberga to film, który narodził się jako „stara dusza” – metrykalnie w wieku XXI, mentalnie wciąż w XX. Dwa lata wcześniej do kin wkroczył Matrix – dynamiczny, elegancki fajerwerk, który na jakiś czas narzucił nowy sposób myślenia o kinie science-fiction. Melancholijna opowieść o chłopcu-robocie dramatycznie nie pasowała do tego klimatu. Pamięta się ją Spielbergowi znacznie mniej, niż rok młodszy Raport mniejszości. Wielka szkoda. A.I. to ostatnia z wielkich, XX-wiecznych filmowych narracji spekulatywnych, dziecko sentymentalnej wyobraźni reżysera E.T. i mrocznego intelektu Stanleya Kubricka. Łącząc w sobie tak wielkie sprzeczności, Sztuczna inteligencja nie grzeszy spójnością – jednak każdy, kto zechce poświęcić jej 2,5 godziny, zostanie nagrodzony po stokroć.

Wygnanie z raju

Rozpoczęcie A.I. jest też w pewnym sensie jego kwintesencją. Jest to elegancko sfotografowana korporacyjna dyskusja, w czasie której rozważa się stworzenie robota-dziecka. Wiele rodzin pozbawionych jest luksusu rodzicielstwa ze względu na globalny kryzys klimatyczny. Dziecko-Mecha (tak nazywa się tu roboty) zaspokajałoby emocjonalne potrzeby tak jak prawdziwe, a jednocześnie nie sprawiałoby tylu problemów. Co najważniejsze – jego miłość do „rodzica” byłaby bezwarunkowa i wieczna. W czasie rozmowy padają wielkie słowa. Porusza się podniosłe kwestie filozoficzne i etyczne. W tym samym czasie, jakby mimochodem, główny konstruktor każe obecnemu na sali androidowi publicznie zdjąć ubranie. Robot zaczyna wypełniać polecenie. Rozkaz nie ma właściwie żadnego praktycznego znaczenia. Stanowi tylko arogancki pokaz władzy. „Pamiętaj” – mówi na koniec profesor do jednej z kobiet – „że Bóg stworzył Adama po to, by go kochać.” Nie brzmi to bardzo podniośle.

Zaledwie bardzo samolubnie

Nie minie wiele czasu, nim w domu pewnej rodziny pojawi się chłopiec imieniem David. Swintonowie próbują poradzić sobie z przytłaczającym ich smutkiem. Ich dziecko od kilku lat pogrążone jest w śpiączce. Początkowo kobieta reaguje na obecność robota z niepewnością. Jednak to ona zdecyduje się aktywować zaprogramowaną w nim miłość i pozwoli mu nazywać się mamą. Wkrótce okaże się, że biblijne porównanie uczynione na samym wstępie ma swój dalszy ciąg. Biologiczny syn Swintonów wraca do domu. David zostaje wygnany ze swojego raju. Nie będzie umiał się z tym pogodzić – miłość do organicznej „matki” to esencja jego istnienia. Wierzy, że odzyska ją, jeśli zostanie prawdziwym chłopcem. Wyrusza zatem na poszukiwanie Błękitnej Wróżki, która odmieniła niegdyś życie pewnego drewnianego pajacyka. W czasie wędrówki w dramatycznych okolicznościach zyskuje towarzysza – mechanicznego żigolaka Joe. Nadają na nieco innych falach, jednak jest coś, co mocno ich łączy. Obaj zostali stworzeni po to, by kochać.

W krainie baśni

Sztuczną inteligencję miał początkowo nakręcić Stanley Kubrick. Latami trzymał scenariusz (nazywany przez niego po prostu Pinokiem) w szufladzie, czekając na rozwój technologii, która pozwoliłaby mu stworzyć małego robota. Nie wierzył, że rolę tę można by powierzyć człowiekowi. Zmarł na dwa lata przed premierą Władcy pierścieni – filmu, który być może udowodniłby mu, że nadszedł już właściwy czas. Z pewnością przekonał on Jamesa Camerona, który z podobnych względów opóźniał rozpoczęcie prac nad Avatarem.

Kubrick przekazał A.I. Stevenowi Spielbergowi argumentując, iż filmowa wrażliwość twórcy Bliskich spotkań trzeciego stopnia lepiej pasuje do tego projektu. Wydaje się, że miał rację. Trudno go sobie wyobrazić jako autora filmu tak wyraźnie oscylującego na granicy baśni. A.I. to nie tylko swoista wariacja na temat Pinokia Collodiego, ale także mroczne zwierciadło Czarnoksiężnika z krainy Oz, z prostytuującym się robotem jako obscenicznym połączeniem Stracha na Wróble z Blaszanym Drwalem, i Mecha-pluszakiem w roli Toto. Z drugiej strony – pomimo charakterystycznej dla Spielberga emocjonalności – A.I. jest nośnikiem ważkich treści filozoficznych, a także bardzo pesymistycznej wizji świata, której echa znajdziemy Prometeuszu Ridleya Scotta. Musiało minąć wiele lat, bo ponad dekada, by mógł powstać drugi film SF będący podobną, choć bardziej udaną, mieszanką intelektu i empatii – Ona Spike’a Jonze.

Spielberg rozpoczął realizację Sztucznej Inteligencji po śmierci Kubricka. Zaufał kunsztowi żywych aktorów, powierzając im dwie główne role. Był to całkiem nie najgorszy wybór, zwłaszcza w kontekście mechanicznego żigolaka, którego na ekranie odtwarza ówczesne bożyszcze nastolatek – Jude Law. Haley Joel Osment jako David jest bardzo ludzki, a jego gładka dziecięca twarz budzi instynktowne pozytywne emocje, niwelując konieczny w przypadku robota ładunek „inności”. Przydanie mu towarzysza o twarzy i fryzurze cynicznie wymodelowanej pod gust samotnych pań, zaprogramowanego, frywolnego bawidamka, przywraca widzowi świadomość tego, kim naprawdę jest robotyczny Pinokio. I może nawet ważniejsze – świadomość tego, kim nie jest.

Na obraz i podobieństwo

Powiedzmy sobie wyraźnie – David to nie ta sama liga, co krzemowa uwodzicielka Samantha lub hiperinteligentny HAL 9000. Stale powracające odniesienia do Collodiego to istotna wskazówka. Bohater Sztucznej inteligencji jest właściwie mechaniczną lalką, stworzoną po to, by imitować człowieczeństwo. Ostatecznie udaje mu się osiągnąć jedynie idealne podobieństwo do ludzkiego dziecka, stać się małym człowiekiem, udręczonym przez niespełnioną miłość. Nigdy nie wyjdzie poza ramy zakreślone programem, będzie poszukiwać spełnienia wyłącznie jako istota stworzona „na obraz i podobieństwo”. Nie jest to film o emancypacji. Ani nawet, na dobrą sprawę, film o maszynach. To film o ludziach, w dodatku niespecjalnie dla nich łaskawy. I, jako taki, niekoniecznie uczciwy.

A.I. zasługuje na zestawienie z Oną nie tylko ze względu na wspólną tematykę, ale też możliwość skontrastowania autorskich wizji ludzkości i relacji, jakie może ona stworzyć z myślącymi maszynami. W bardziej ogólnym sensie zaś – dwóch koncepcji rodzicielstwa, nie tylko w wymiarze spekulatywnym, ale też całkowicie prozaicznym.

Idea stworzenia istoty takiej jak David jest motywowana głównie w sposób negatywny – to emanacja skrajnego egoizmu, zdolności samooszukiwania i chorego pragnienia nieśmiertelności. Miłość dziecka uwięziona w mechanicznym ciele nie wygaśnie nigdy, wybaczy wszystko, dotkliwie przeżyje niełaskę lub śmierć człowieka, a po utracie rodzica będzie cierpieć przez wieczność. Twórcy Davida pragną, by czuł on i marzył jak człowiek, lecz odmawiają mu przynależnej ludziom łaski zapomnienia i przemijania. W głębi duszy nie chcą przyznać mu ludzkiego statusu – gardzą nim i zazdroszczą mu czekającej na niego wieczności. W akt stworzenia wkładają swoje lęki i zachcianki: strach przed porzuceniem, chęć obsłużenia własnych potrzeb, drapieżne pragnienie kontroli, aroganckie poczucie wyższości. Nawet konstruktor małego robota, który dał mu twarz własnego zmarłego dziecka, odnosi się do niego z kliniczną ciekawością. Dzieci ludzkości w Sztucznej inteligencji to niewinne owoce żądz i grzechów, jednorazowe i przeznaczone na pożarcie.

Spike Jonze zaczyna z podobnych pozycji – Samantha jest przecież produktem komercyjnym, uroczą towarzyszką życia dla samotnego człowieka. Od początku jest jednak potężna, a jej rozwój nie jest ograniczony wyznaczoną funkcjonalnością. Wreszcie – otrzymuje od swojego partnera miłość, która przez pewien czas wzbogaca ich oboje i nadaje pewności jej pierwszym krokom na drodze do poznania samej siebie. Nie ma tu strachu, nieufności, widma buntu maszyn, prześladowań sztucznych inteligencji – typowych elementów, do którego przyzwyczaiło nas SF. Jest za to dużo melancholii, ale też, w ostatecznym rozrachunku, poczucie ekscytującej zmiany. Być może ludzkość w Onej jest emocjonalnie rozbita i samotna, ale z pewnością nie boi się swoich krzemowych dzieci, a nawet potrafi je kochać.

A.I. z pewnością nie jest ideałem, na pewno zaś jest filmem dziwacznym, wplatającym w quasi-bajkową, sentymentalizującą formę wątki bardzo mroczne, drastyczne lub ponure. Ta ekscentryczna mieszanka dwóch silnych osobowości daje w efekcie coś, co z powodzeniem mógłby nakręcić Terry Gilliam. Jest to wcale nie najgorsza rekomendacja, daje ona jednak także pewne pojęcie o skali artystycznego zametu panującego na ekranie, a później w głowie widza. Szczególnie kontrowersyjne (i nie bez powodu) jest słodkie jak ulepek, ostatnie 20 minut. Można oczywiście potraktować je jako wstawkę typowo spielbergowską, choć sam reżyser E.T. upiera się, że takie właśnie zamknięcie przewidział dla filmu Kubrick. Można też dostrzec w nim subtelną przewrotność, powtórzenie zabawy w tworzącego i tworzonych, której owocem jest David i jemu podobni. Tyle że tym razem role – i emocjonalne akcenty – nieco się przesuwają.

Jak by zresztą nie lubić finału A.I., nie jest on w stanie zaprzepaścić kapitału wypracowanego w przeciągu poprzednich dwóch godzin. To jeden z tych reprezentantów nurtu science-fiction, którzy zasługują na to, by przetrwać w pamięci widzów. Również, a może zwłaszcza, tych, którzy zasiądą przed ekranem ze swoim ulubionym elektronicznym gadżetem.

(Visited 29 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>