Karolina Łachmacka

Transformacje na rzecz Oskarów. Sposób aktorów na statuetkę Akademii

Transformacje na rzecz Oskarów. Sposób aktorów na statuetkę Akademii
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Przyglądając się ostatnim wyborom Akademii Filmowej nie sposób oprzeć się wrażeniu, że szanowne gremium nagradzając aktorów za role główne coraz częściej kieruje się udaną charakteryzacją. Brzmi to dość paradoksalnie – czy wystarczy oddać swoją twarz w ręce zdolnego makijażysty, by po kilku godzinach przemienić się w idealnego odtwórcę roli i stworzyć brawurową kreację?

Na pewno niektórzy z Was czytając to będą oburzeni, ale spieszę już z wyjaśnieniem. Nie twierdzę wcale, że aktorzy i aktorki, którzy zdobyli nagrody będąc w totalnej transformacji swojego wyglądu nie zasłużyli na laury. Moje twierdzenie brzmi nieco inaczej – charakteryzacja pomaga Akademii dostrzegać wybitne role, które, zagrane bez twarzy alkoholika czy zaniedbanej prostytutki, miałyby mniejsze szanse na wyróżnienie.

Podobne transformacje na rzecz Oskarów miały miejsce także przed laty. W 1954 roku na ekrany kin weszła Dziewczyna z prowincji” George’a Seatona. Rola Grace Kelly, którą na potrzeby roli Georgie Elwin odarto z resztek glamouru, zapewniła jej jedynego Oskara. A jednak rola Grace Kelly to solidna dawka dramatu i warsztatu aktorskiego. Cały, dosyć kameralny film, zbudowany jest na trzech solidnych filarach (czytaj – aktorach) w postaci Grace, Binga Crosby’ego i Williama Holdena. Nie można odmówić Grace Kelly świetnej formy w „Dziewczynie z prowincji”. Ale jednocześnie, dosyć przekornie, stawię pytanie: czy inna aktorka w tym samym roku nie zasłużyła na tę statuetkę tak samo, a może i bardziej? Konkurująca z Grace za rolę w „Narodzinach gwiazdy” (1954) Judy Garland miała w noc oskarową powić syna, jednak na wieść o przegranej oświadczyła ponoć, że właśnie ją okradziono z zasłużonej nagrody.

Garland jest w „Narodzinach gwiazdy” świetna, ale musicale nie wstrząsają aktorsko Akademią Filmową tak, jak krwiste dramaty. Ja osobiście uważam, że przyznając tytuł najlepszej aktorki miałabym problemy z wyborem między Grace Kelly a Audrey Hepburn. „Sabrina” Billy’ego Wildera to komedia – lekka, zabawna, pełna polotu. Audrey, w przeciwieństwie do Grace, wygląda w swojej roli po prostu boska, a kostiumy od Givenchy dopełniają obrazu elegancji i klasy. Wracamy więc do punktu wyjścia – Akademia Filmowa wolała przyznać Oskara świetnej aktorce, która dla swojej roli zrzuciła eleganckie fatałaszki, przyklapnęła włosy i założyła mało twarzowe okulary. Ta, która stała się dzięki swojemu filmowi ikoną mody nie miała już raczej szans. Absolutnie pragnę podkreślić, że rola Grace jest wybitna, ale, pozwolę sobie powtórzyć, jakaś preferencja w związku z charakteryzacją została tutaj dokonana.

Grace Kelly w "Dziewczynie z prowincji" (1954)

Grace Kelly w „Dziewczynie z prowincji” (1954)

Powróćmy jednak w bardziej aktualne czasy. W 2000 roku na ekrany kin wchodzą m.in. „American Beauty” i „Nie czas na łzy”. Grając w filmach, odpowiednio Annette Bening i Hilary Swank otrzymują nominacje do Oskara. Pierwsza gra w filmie, który zgarnia najważniejsze trofeum wieczoru – wyróżnienie dla najlepszego filmu 1999 roku. Jej rola żony i matki, kobiety w średnim wieku, nie jest obrazem kobiety odmienionej specjalną charakteryzacją. Tymczasem Swank wciela się w dziewczynę przebraną za chłopaka. Przemiana jest bardzo wiarygodna, biorąc także pod uwagę naturalną urodę Swank, której aparycja chłopca bardzo pasuje. Chociaż „Nie czas na łzy” (1999) nie jest blockbusterem i daleko mu do miana ulubieńca krytyków, rola Swank broni się na tyle, że to ona otrzymała statuetkę, a Bening musiała obejść się smakiem. Ponadto można także wspomnieć o innych nominowanych, jak Janet McTeer czy Julianne Moore, których role nie wymagały przemian takich, jaka zaszła w przypadku odtwórczyni roli Brandona Teeny.

W 2002 roku na ekranach kin pojawia się jeden z głośniejszych filmów dekady, „Godziny”, w których główne role powierzono najlepszym nazwiskom na rynku: Meryl Streep, Julianne Moore, Edowi Harrisowi, czy Nicole Kidman. Ta ostatnia wciela się w rolę znanej pisarki, Virginii Woolf. Charakteryzatorzy mieli przy filmowej Virginii mnóstwo roboty – wystarczy porównać zwykłe zdjęcia aktorki w porównaniu do tych wykonanych po charakteryzacji. Kidman nominowano do Oskara i wygrała. Muszę powiedzieć, że „Godziny” nie wzbudzają mojego podziwu, a osobiście uważam, że Nicole zdecydowanie bardziej należał się Oskar w roku poprzednim, za musicalową rolę Satine w „Moulin Rouge” Baza Luhrmanna. Co więcej, w roku 2002 o wiele ciekawsze role zagrały niemal wszystkie pozostałe kandydatki. Julianne Moore w „Daleko od nieba” była więcej, niż wiarygodna. Salma Hayek dla roli Fridy Kahlo dała się oszpecić, choć powiedzieć, że to charakteryzacja zdobyła meksykańskiej aktorce wyróżnienie nominacją byłoby nieuczciwym. Dobre recenzje zbierała też Diane Lane w „Niewiernej”, choć rola w „zwykłym” dramacie na pewno nie przynosi już Oskarów. Wreszcie, w 2002 roku Oskara przyznałabym Renee Zellweger. Jej Roxie Hart w „Chicago” była rozbrajająca. Co więcej, Renee, pomimo zupełnego braku doświadczenia w profesjonalnym tańcu i śpiewie wypadła bardzo dobrze nawet przy znającej tę sztukę od podszewki Catherine Zeta-Jones. Jej cyniczna, próżna Roxie to popis godny Oskara bardziej, niż odmieniona wizualnie rola Nicole Kidman w „Godzinach”.

Jeśli mówić o charakteryzacji i Oskarach, nie można zapomnieć o Charlize Theron. Z pewnością Theron to jedna z najciekawszych osobowości kina ostatnich lat. Z jej udziałem nawet reklama perfum jest wyższą formą artyzmu. Ale czy rola w „Monster” to jej największe dokonanie? W tym samym roku nominowano m.in. Naomi Watts w „21 gramach” (2003) oraz Diane Keaton w „Lepiej późno niż później” (2003). Watts była wybitnie dramatyczna w swojej roli okrutnie potraktowanej przez los kobiety. Keaton z kolei z wielką klasą uczyniła komediowy majstersztyk z roli, która mogła być tylko kasowym przerywnikiem w jej filmografii, przekonująco ukazując, jak kochają ludzie nie pierwszej już młodości. Oczywiście nagrodzenie Keaton za rolę w komedii byłoby chyba dla Akademii zbyt niewydumane. Uhonorowanie bądź co bądź bardzo dobrej kreacji Theron oznaczało zachowanie przyjętej, utartej już strategii.

Ale trzeba być uczciwym – wyjątki się zdarzają. Jest nim m.in. rok 2006. To wtedy Akademia nagrodziła rolę Reese Witherspoon w „Spacerze po linie” (2005), gdzie aktorka stworzyła rolę żony Johnny’ego Casha (w tej roli Joaquin Phoenix), June. Dlaczego mówię o wyjątku? Otóż drugą pretendentką do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej w tej samej edycji nagród była Felicity Huffman. Nie widziałam jej w roli w „Transamerica”, lecz zważywszy na to, że Huffman otrzymała Złoty Glob za najlepszą rolę w dramacie można było poważnie zakładać, że otrzyma też Oskara (choć Witherspoon także była laureatką Złotego Globu, aczkolwiek dla najlepszej aktorki w musicalu lub komedii).

Matthew McConaughey w "Witaj w klubie" (2014)

Matthew McConaughey w „Witaj w klubie” (2014)

A teraz czas na mój ulubiony przykład. Od razu sprostuję, jeżeli zrozumiecie mnie źle – nie, wcale nie uważam, że Marion Cotillard nie zasłużyła na Oskara za rolę Edith Piaf. Choć sam film oceniam przeciętnie, Marion była w nim świetna. Od jakichś dziesięciu lat obserwuję jej karierę (konkretnie od jej roli w „Bardzo długich zaręcznynach” z 2004 roku, kiedy ukradła kilkoma scenami cały film gwieździe obrazu, Audrey Tautou). Niemniej główną konkurentką Marion w tym rozdaniu Oskarów była Julie Christie, która zagrała w kameralnym dramacie „Daleko od niej” Sarah Polley na podstawie opowiadanie nagrodzonej potem literacką Nagrodą Nobla Alice Munro. Ten ów kameralny dramat nie jest pełen fajerwerków. Opowieść o chorej na Alzheimera Fionie i jej mężu, który próbuje poradzić sobie z bezlitosną chorobą żony to przedstawienie z wielką gwiazdą. Julie Christie w jesieni życia zachwyca równie mocno, jak przed dekady, w latach 60. (Oskar za rolę Diany w „Darling”, 1965) czy latach 70. („McCabe i Pani Miller”, 1971). Trudno jest orzec, która z pań bardziej zasługiwała na Oskara. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że charakteryzacja pomogła, choćby w niewielkim stopniu, nagrodzeniu Marion Cotillard.

No i czas na ostatnie na razie porównanie. Matthew McConaughey z łatwością wygrał Oskara w 2014 roku za rolę w Witaj w klubie. Wychudzony, chory na AIDS bohater grany przez aktora to idealna mąka na chleb, który się upiekł. Ostatnio przeczytałam, że Akademia kocha powroty synów marnotrawnych na ścieżki ambitnych projektów. Cóż, droga McConaughey do Oskara była wyboista – grywał w dennych komediach spod znaku Jennifer Lopez i daleko mu było do nagród innych, niż Złote Maliny. Ale kilka inteligentnych kroków pozwoliło mu stać się szanowanym aktorem, a nie tylko adonisem o złotych loczkach, który kusi kolejne damy w rom-comach.

Dlaczego teraz o tym piszę? Mamy sezon przedoskarowy i, jak wielu innych zainteresowanych tym tematem, lubię czytać prognozy i oceny krytyków, szczególnie odnośnie tych filmów i ról, których zobaczyć jeszcze nie mogłam. Wiele wskazuje na to, że nagroda dla najlepszego aktora powędruje albo do

Michaela Keatona, albo do Eddie’ego Redmayne’a. Keaton to wersja z wyciągnięciem aktora z artystycznego rynsztoka – Birdman przedstawia ponoć byłego Batmana w świetnej artystycznej formie. Redmayne z kolei dzięki Teorii wszystkiego wystąpił w roli niepełnosprawnego Stephena Hawkinga i w tym wypadku, po raz kolejny, praca w charakteryzatorni na pewno nie skończyła się na przypudrowaniu noska. W wyścigu po kobiece Oskary na pewno duże szanse ma Jennifer Aniston. To właśnie przykład powrotu na ścieżkę ukochaną przez Akademię. Aniston spełnia warunki, które stawia Akademia za podstawowe wytyczne dla tych, którzy chcą postawić sobie na półce jej statuetkę – jej filmografia niemal pęka od dennych komedyjek, aż tu nagle pokazuje się zaniedbana w dramacie „Cake” i krytycy padają na kolana.

Te przykłady wskazują, że Oskary to przede wszystkim polityka. Już w 1940 roku Louis B. Mayer miał zrobić wszystko, by niepokorny Clark Gable nie dostał Oskara za „Przeminęło z wiatrem” (1939). Na ile tak było – nie wiem, ale faktem jest, że nagrodę dostał Robert Donat za „Żegnaj, Chips” (1939). Kiedyś oczywiście rządziły inne kryteria, ale to już kwestia przynajmniej na kolejny artykuł…

(Visited 37 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>