Karolina Łachmacka

Gwiazda pilnie poszukiwana

Gwiazda pilnie poszukiwana
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ostatnia wrzawa wokół książki oraz późniejszej ekranizacji Pięćdziesięciu twarzy Greya (2015), a w szczególności obsadzenia dwóch głównych ról (przede wszystkim zaś wiodącej roli kobiecej Anastasii Steele) przywołuje wspomnienia dotychczas najbardziej znanych, a niekiedy także najbardziej kontrowersyjnych castingowych decyzji w historii kina.

Każda z takich decyzji producentów filmu wywołuje burzę, bo opinie są podzielone na tych, którzy optują za podjętym wyborem oraz tych, którzy nie szczędzą słów krytyki. Jest to zupełnie naturalne i w pełni uzasadnione. Przypomnijmy sobie kilka takich przypadków ról kobiecych, kiedy idealnej kandydatki szukano wszędzie i „poza wszędem”.

Tylko czy idealny wybór w ogóle istnieje? Zdecydowanie nie. I to z prostej przyczyny – każdy czytelnik książki ma swoje własne, inne wyobrażenie, poparte osobistymi preferencjami, a nawet sympatią do postaci czy jej brakiem. Nie zanurzając się zbytnio w psychologię dodam, że to dobrze, bo dzięki temu jest ciekawiej.

Bywa, że ideału jesteśmy dosyć bliscy. Jeżeli pisać na poruszany w tym artykule temat, pierwszą postacią, którą chcę omówić, będzie moja ulubiona postać literacka i filmowa w jednym, czyli Scarlett O’Hara, bohaterka „Przeminęło z wiatrem”. Kiedy David O. Selznick, jeden z niewielu niezależnych producentów filmowych Ameryki lat 30., rozpoczynał przygotowania do ekranizacji powieści Margaret Mitchell, nie każdy nawet chciał przenosić na ekran opowieść o dawnej galanterii południowców i nikczemności jankesów. Pomylił się nawet „cudowny chłopiec” Metro-Goldwyn-Mayer, Irving Thalberg, odrzucając pomysł nakręcenia filmu. A Selznick, człowiek cholernie inteligenty i wyprzedzający czasy, w których żył, mógłby uczyć PR-u dzisiejszych adeptów tej branży. Poszukiwania odtwórczyni Scarlett O’Hary stały się tematem numer jeden Ameryki jeszcze przed rozpoczęciem fazy preprodukcji filmu.

Selznick pozwolił uwierzyć publiczności, że każda Amerykanka ma szansę być Scarlett, że szuka kogoś świeżego i niedoświadczona dziewczyna także ma szanse w tym wyścigu. W rzeczywistości największe gwiazdy Hollywood odpadały w przedbiegach – Miriam Hopkins była zbyt leciwa, Bette Davis miała za mało uroku osobistego, choć w 1939 roku odebrała Oskara za w pewien sposób podobną rolę w „Jezebel” (1938). Norma Shearer inteligentnie wybrnęła z patowego położenia mówiąc, że wolałaby zagrać Rhetta Butlera. W rzeczywistości poszukiwania trwały, ale przez długi czas kandydatką numer jeden była Paulette Goddard, która miała urodę, wdzięk i talent, choć nie na tyle wielki, by stać się aktorką, która zmiecie konkurencję. Oczywiście momentem kulminacyjnym było pojawienie się Vivien Leigh. Ale i to było starannie zaplanowane przez aktorkę oraz jej hollywoodzkiego agenta, a w dodatku brata Davida, Myrona Selznicka.

Decyzja o obsadzeniu Vivien Leigh wywołała burzę. Po pierwsze, nikt nie znał tej delikatnej, młodej aktorki, która od kilku lat stawała się coraz popularniejsza w swojej ojczyźnie. No i właśnie tu nadchodził najpoważniejszy szkopuł – przecież to Brytyjka! Cóż, lepiej Brytyjka, niż jankeska – mawiali ci bardziej skłonni do ugody. Reszta to już historia. Scarlett O’Hara w wykonaniu Vivien Leigh to perfekcja, która ma dosyć nośny certyfikat – przyznanego w 1940 roku Oskara za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową.

Cóż, więcej aż takiego zamieszania wywołać się nie udało, a Amerykanie mieli „odegrać się” na Brytyjczykach z początkiem XXI wieku. W 2001 roku na ekranach kin pojawiła się komedia romantyczna na podstawie powieści Helen Fielding, „Dziennik Bridget Jones”. W roli sympatycznej, pulchnej angielskiej singielki, którą pokochali widzowie na całym świecie, wystąpiła rewelacyjna Renee Zellweger, wywodząca się z… Teksasu. Zellweger doskonale opanowała angielską wymowę, a jej przeurocza i zabawna kreacja zapewniła jej nominację do Oskara.

Co jednak, kiedy obsada się nie sprawdza? Moim prywatnym zdaniem było tak w przypadku remake’u ekranizacji dzieła Jamesa Caina, „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy” (1981). Jessica Lange i Jack Nicholson to pierwsza aktorska liga, ale w moim odczuciu nie zbliżyli się nawet do Lany Turner i Johna Garfielda w pierwowzorze z 1946 roku, choć „momentów” było więcej. Ubrana na biało Turner w twarzowym turbanie jako Cora Smith to coś więcej, niż ładna, elegancka kobieta w kadrze. To najlepsza, obok „Peyton Place”, kreacja Turner, uchodzącej raczej za gwiazdę i piękność ekranu, niż aktorską petardę.

Warto też wspomnieć o innej ekranizacji tego samego autora, „Mildred Pierce” (1945) i niedawno powstałym serialu o tym samym tytule. Oskarowa rola Joan Crawford mnie jednak nie przekonała. Co innego wybitna Kate Winslet w uhonorowanej Emmy kreacji.

Powróćmy jednak do Anastasii Steele. Ponoć Dakota Johnson, jak i cały szereg kandydatek do tej roli, przeszła pozytywnie casting m.in. dzięki monologowi z „Persony” (1966) Bergmana, a to już wyższa szkoła jazdy. Z chęcią bym to obejrzała, tak z ciekawości. Ale obejrzawszy „Pięćdziesiąt twarzy Greya” (2015) chcę podkreślić, że Johnson jest jednym z najjaśniejszych punktów filmu Sam Taylor-Johnson. Dziewczęca, a kiedy trzeba kobieca, potrafi wydobyć z postaci to, czego jej brakuje może nawet w pierwowzorze literackim – psychologiczną głębię. Oczywiście, odnosząc się do wstępu, każdy ma prawo widzieć to inaczej. Może dlatego, że do tematu tej powieści odnoszę się z dystansem, bez emocji mogę trzeźwo na to spojrzeć. Coś mi jednak mówi, że Johnson zaskoczy jeszcze nie raz, i to pozytywnie, swoim aktorstwem. Miejmy nadzieję, że będzie miała ku temu sposobność dzięki bardziej wyszukanemu filmowi.

(Visited 458 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>