Michał Vorbrodt

Filmy o neonazistach

Filmy o neonazistach
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Dzisiaj się zwierzę (Today I animal). Uwielbiam filmy o skinheadach. Nie ma to absolutnie żadnego związku z sympatią, czy też jej brakiem, do samej subkultury. Nauczyłem się nie stygmatyzować, od kiedy piłem w takim towarzystwie wódkę i okazali się oni bardzo sympatycznymi ludźmi, tylko z małym nieporządkiem w głowach. Uważam, że temat ten jest dla filmu bardzo wdzięczny. Przede wszystkim trudny, często społecznie zaangażowany temat, a kino to uwielbia. Mocno wyraziste postaci, bo jakżeby inaczej. Nieunikniony konflikt, co jest bardzo plastyczną materią dla dramatu. I na koniec dobra ścieżka dźwiękowa, niezależnie czy to reggae czy punk.

Oczywiście z naszej, zewnętrznej, w większości, perspektywy jest to film o czymś nieznanym, bo znajomość artykułu na Wikipedii się nie liczy. Każdy film przedstawi nam jakiś skrawek tego świata. Tylko ile trzeba ich obejrzeć, żeby zrozumieć skina? Dążą one ewidentnie do uczłowieczenia skinheadów – pokazania ich ciepłych serduszek łaknących przyjaźni i miłości czy wcale nie złych intencji. Albo usprawiedliwiają ich czyny. Ale czy w ogóle trzeba cokolwiek zrozumieć? Film to jak każdy inny, tylko docierający do nas mocniej niż dokumenty o suszy w Afryce, bo bardziej aktualny w europejskiej rzeczywistości. Niestety reżyserzy nie potrafią porzucić tonu moralizatora i grzęzną w kolejnych przestrogach.

Tak czy inaczej, często z bezpiecznej perspektywy nie opowiadania się po żadnej ze stron. Filmy te są rozprawkami na temat subkultury. Czy ich lubić, czy rozumieć, czy bać się lub nienawidzić? Wolność wyboru, na podstawie przedstawionych argumentów, tacy łaskawcy. To ja też zrobię sobie szkolną rozprawkę: czy następujące filmy próbują przekonać widza, nakłonić do wyrobienia sobie opinii? Oraz jak ogólny nastrój filmu pasuje do tematyki? Bo nie zamierzam udawać, że nie rozumiemy tego, co jest na ekranie. Odrobina buntu jest w każdym z nas, a skinhead przecież dzięki niemu żyje.

1. Made in Britain (Wielka Brytania 1982) – reż. Alan Clarke

Made In Britain (Wielka Brytania 1982) – Reż. Alan Clarke

Tim Roth

Zaczynamy z kopa od zdecydowanie najlepszego filmu w zestawieniu. Z kopa wchodzi też sam film – posiada prawdopodobnie jedną z najlepszych czołówek wszech czasów, która zapowiada tempo i charakter całego filmu.

Opowiada on historię… Bla, bla, nie to jest istotne. Postawa i sytuacja głównego bohatera odzwierciedla nie tylko subkulturę skinheadów, ale i problemy pedagogiczne z tzw. trudną młodzieżą. Bezradność kadry świetnie ilustrują sceny w izolatce. Nie tylko nie potrafią oni poskromić temperamentu dzikiego zwierza jakim jest Trevor, ale są zwyczajnie przez niego przegadani. Wykazuje się on inteligencją niespotykaną u młodych recydywistów, co powoduje u nich postawę obronną. Najlepszą obroną jest atak, więc błyskawicznie powstaje konflikt, z którego Trevor czerpie energię, jak wampir krew, a u społeczników rośnie frustracja. Dopiero kiedy przyjeżdża profesjonalista, apodyktycznie stawiając przed młodzieńcem ultimatum, trafia do niego swoją obojętnością i sensowną perspektywą na przyszłość.

Zatrważające jest to, że w filmie rzeczywiście pada pytanie „czego ty w ogóle chcesz?”, a co satysfakcjonujące – pada odpowiedź. Ale ona donikąd nie prowadzi. Czuję wewnętrzne rozdarcie. Jednocześnie żal mi Trevora, bo brakowało na niego chęci i czasu, a może jego inteligencja przydała by się bardziej, niż do wąchania kleju i wybijania szyb. Z drugiej strony wyrywa mi się krzyk: „o co ci chodzi człowieku, weź się w garść”. Łatwo może ponieść kiedy ogląda się tak agresywny film.

Ma on społecznie zaangażowany charakter, więc musi być nie tyle moralizatorski, co wartościujący. Można mu wybaczyć, bo taki miał być od początku, na co wskazuje seria, do której należy. Również dlatego, że brak tu szczęśliwego zakończenia, oraz że nie jest w tej formie nachalny, czego obawiałem się najbardziej.

Film nie spowalnia, nie daje się nudzić. Zaledwie 72 minuty skondensowanego wandalizmu i czynnego oporu w telewizyjnej formie to idealne środowisko dla Tima Rotha, który daje absolutny popis aktorski. Kamera jest do niego przywiązana w każdej scenie, a on na moment nawet nie traci wiarygodności. Człowiek gotów pomyśleć, że gra on siebie, aktorstwem wyciągając się z szarej rzeczywistości. Debiut jak się patrzy.

2. Romper Stomper (Australia 1992) – reż. Geoffrey Wright

Russell Crowe

Russell Crowe

Nie wiem od kogo, nie wiem dlaczego, ale oglądałem ten film z polecenia. Nie zawiodłem się. Lubię nonszalancki charakter Russella Crowe’a, więc od razu gratulacje za casting, bo spisał się znakomicie. Do tego tą rolą otworzył sobie bramy Hollywood. Z międzykontynentalnego kopa.

Oglądałem go kupę czasu temu, ale pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie struktura hierarchiczna w grupie skinheadów z Melbourne. Wpatrzeni są w swojego lidera jak w Mesjasza. Nic jednak dziwnego – ma głowę na karku. Gdy inni są bez przekonania, on jest ich motorem napędowym. Neonazista z krwi i kości, bo spełnia przecież wszelkie stereotypowe wymogi tego miana: recytuje Mein Kampf z pamięci, jest cały wytatuowany i ma flagę ze swastyką nad łóżkiem. Jednak Crowe nie pozwala, aby jego rola trąciła infantylizmem. Kultowy kadr z filmu z jego nienawistnym spojrzeniem zna chyba każdy.

Historia jest najlepszym przykładem na to, że zło zadane innym może wrócić do ciebie ze zwiększoną siłą. Reżyser czuł się zobligowany do nakreślenia linii, oddzielającej prawdziwy, niesprawiedliwy świat od filmowego, w którym wszystko kończy się tak jak powinno. Nie nazwę go mięczakiem przecież, bo nakręcił kawał dobrego filmu, a zakończenie choć nierealnie sprawiedliwe, posiada ładunek dramatyzmu rzadko spotykany. Idź, zobacz, oceń sam.

3. Więzień nienawiści (Stany Zjednoczone 1998) – reż. Tony Kaye

Więzień Nienawiści (Stany Zjednoczone 1998) – Reż. Tony Kaye

Edward Norton

Kto widział, palec do budki? Budka się zamknęła, reszcie pokazała wielki, środkowy palec. Ale potem było jej przykro, że tak się zachowywała, żałowała tego głęboko. Nauczała innych, że nieładnie tak postępować, że należy szanować bliźniego swego, nawet czarnego. Podobnie jak bohater filmu. Zagorzały neonazista raczej brzydko rozprawia się z czarnoskórymi włamywaczami, za co trafia do więzienia. Tam dostaje kopa w tyłek i nie tylko to. Co uczy go pokory i szacunku dla każdego chodzącego i oddychającego stworzenia. Ale jego brat nie poszedł w jego ślady, wciąż rozbija się z łysą czaszką i w ciężkich butach. Mamy zgryz.

Pomimo, że uwielbiam Edwarda Nortona i pomimo, że przekonał mnie swoją dobrotliwością, to film wydaje się niestety dość naiwny. Oczywiście musi być struggle, musi być conflict i żadnych compromises. To piękna historia, naprawdę, ale miękka, zbyt uniwersalna. Skinheadowa tematyka nie pasuje do ciepłych, kończących się szczęśliwie obyczajówek, ale film nie odraża. Jest oglądalny. Mimo wszystko podoba mi się również chłopiec z Terminatora. Jego twarz pasuje do roli skina z tymi wpół przymkniętymi powiekami.

4. Fanatyk (Stany Zjednoczone 2001) – reż. Henry Bean

Ryan Gosling

Ryan Gosling

W neonazistowskim maratonie nadeszła kolei na Goslinga. Moje filmowe antyamerykańskie poglądy uzewnętrzniałem już wiele razy, więc nie muszę chyba mówić czego się tutaj spodziewałem. Miałkiej opowieści o buntowniku na życiowym zakręcie, być może o błędzie w wychowaniu, o tym czyja to wina i dlaczego nie samego bohatera, który jest oczywiście ofiarą. Nie, jest tu drugie dno. Za dość mętną wodą, przez którą nie widać jak głębokie to dno. Ale jest.

Starania Goslinga by wyglądać na prawdziwego nonkonformistę wspomagane są nieco przez ogromną swastykę na krwistoczerwonej koszulce i kilka tatuaży na napiętych, naoliwionych mięśniach. Zakończyły się jednak sukcesem. Poza tym, że jego wściekła mina wygląda bardziej na tę ostrzegawczą, tuż przed wybuchem dziecięcej histerii. I poza tym, że intelektualne monologi mają tyle autentyczności z ust goslingowego ściśniętego gardełka, ile miałby Peja recytujący Szekspira. Poza tym jest dobrze.

Naprawdę, bo to kwestia scenariusza. Nie jest to najlepsza rola tego wyciosanego z drewnianego pnia przystojniaka. Jest on pionkiem w historii Henry’ego Beana. Ale chyba z przyzwyczajnia za dużo wymagam. Nie każdy amerykański film musi stać na jednym filarze, w postaci pierwszoplanowego aktora. Sam bohater jest na tyle zdezorientowany, że na nabożeństwo wybiera się w glanach (Romper Stomperach) i bojówkach, a później napadając na synagogę delikatnie zawija z powrotem zbezczeszczony przez kolegów Talmud. To nic, widz jest równie zdezorientowany do samego końca filmu. Wtedy okazuje się, że już nic nie zostaje bliżej wyjaśnione, podczas gdy widz wciąż zastanawia się, kiedy coś zostanie wyjaśnione. To najsłabsza pozycja z zebranych. Niezdecydowana, niejednolita, niejasna i, w porównaniu do reszty, nieatrakcyjna.

5. To właśnie Anglia (Wielka Brytania 2006) – reż. Shane Meadows

Stephen Graham i Jack O’Connell

Stephen Graham i Jack O’Connell

Któż nie zagrałby skina lepiej niż Anglik? Z wysp wywodzi się ta kultura, o czym wiemy dzięki Mike’owi Skinnerowi. A fabuła filmu jest nieco cofnięta w czasie, chociaż nie do samego okresu powojennego. Przedstawia ciekawe starcie subkultury skinowej, ceniącej muzykę, styl ubierania się, czesania i wewnętrzną jedność z prawdziwym, wojującym neonazistą, genialnie wykreowanym przez Stephena Grahama. To rozprawka o tym ile skina w skinie. Na ile robi się coś pod publikę lub ze sprzecznych z genezą pobudek i jak przebiega starcie oryginału z klonem.

Tragicznie, ot jak. Film ma moment okropnej brutalności, więc oglądanie go zaleca się jedynie widzom o mocnych nerwach. Nie ze względu na krew, a na charakter popełnionego czynu. Może wyprowadzić z równowagi samo oglądanie, ale pewnie o to chodziło. Wciąganie publiczności na scenę to już nie eksperyment, a rzeczywistość. Tak się teraz robi sztukę. Trzeba poczuć na skórze, na języku, w żołądku. Kiszka ma się wykręcić, a krew buzować, tak by po wyjściu z kina chciało się szybko iść przed siebie i dać komuś w pysk. Niestety eksperymenty te odwołują się do najniższych instynktów. Podobnie jak coraz śmielsze sceny erotyczne (tak, do ciebie mówię HBO) zamiast umiejętnego pobudzenia wyobraźni kilkoma kwestami.

Ma coś jednak w sobie każda angielska produkcja, co bardzo mnie pociąga. Chłodne kolory i soczysty akcent to znak rozpoznawczy, ale chodzi o całokształt. Ichniejsze kino narodowe przybrało unikatowy charakter w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Stworzyli coś atrakcyjnego tylko przez bycie sobą. Podobnie jest w To właśnie Anglia. Skiny skinami, ale jak ten film się dobrze ogląda! Każde ujęcie jest ciekawe, każda kwestia, rozpoczęcie i zakończenie. Podczas seansu, podjudzeni emocjami z ekranu, może wyjść z nas zwierzę, ale koniec końców to film o przyjaźni. Takiej w warunkach nietypowych, ale wciąż przyjaźni. I nawet ckliwe zakończenie nie zepsuje dobrego wrażenia, jakie film pozostawia.

6. Skin (Holandia 2008) – reż. Hanro Smitsman

Roberta de Hooga

Roberta de Hooga

Dawno temu i nie wiem dlaczego – ale oglądałem. Pierwszy film o skinach. Wysoko postawił poprzeczkę, trzeba przyznać. Niestety był tak dawno, że pamiętam go jak przez mgłę. Może to i lepiej, bo skupię się na swoim odczuciu, nie na fabule.

Trudny dramat, wiejący świeżością. Coś, z czym wcześniej (wtedy) nie miałem styczności. Oderwany od rzeczywistości, a zarazem tak twardo stąpający. Po prostu urywek innego świata, nieestetycznego, niesprawiedliwego. Czasami wolimy nie myśleć o tym, że gdzieś może coś takiego mieć miejsce, ale ten film nas przebudza. Tematyka przedstawiona jest bez ogródek. Brzydkie twarze, brzydki język, nawet brzydka kolorystyka. Jednak pomysł, jakby wszystko działo się bez udziału woli bohatera jest dość naiwny. Wypadałoby jednak okoliczności, w których się znalazł, umotywować. Dla widza. Wybaczam.

Bardzo ciekawa pozycja, w kotle kina teraz już przybliżonego. Mówi się o nim, że to właściwie holenderska wersja tego, holenderska wersja tamtego. Nieuniknione, skoro robimy film o subkulturze z bardzo konkretną genezą, włączając w to kraj pochodzenia. Nie widzę jednak nic złego we wzorowaniu się na dobrym materiale. A z drugiej strony na pewno nie nazwałbym tego kopią. Tu wszystko jest po prostu świeższe. Na koniec muszę przyznać, że scena z kadru powyżej zakopała mi się głęboko w pamięci. Mało dialogu, a ogromny ładunek emocjonalny. Znakomicie napisana i zagrana. Zaczynam się powtarzać, ale to liczy się dla mnie najbardziej. Minimalizm w całej swej potędze.

W próbie odświeżenia sobie filmu trafiłem na kilka dyskusji internetowych, o mocno skonkretyzowanych opiniach. Przez skonkretyzowane mam na myśli bezmyślnie kalkowane, powtarzane słowa osób bystrzejszych, charyzmatycznych. Takie już ma się wrażenie, czytając ciągi agresywnych, anonimowych monologów bez interpunkcji. Niestety tego rodzaju filmy odchodzą na dalszy plan, na rzecz dyskusji nie na ich temat. Ważny staje się ich przedmiot, który jest pretekstem do agresywnego przedstawiania i odrzucania poglądów politycznych. Szkoda, że filmy te wywołują oddźwięk jedynie w postaci międzykulturowej i wielojęzykowej agresji. To zupełnie mija się z ich celem. Prawie w każdym z nich znajduje się podtekst potępiający rasizm. Nie lubię moralizowania, nikt nie lubi, ale nie śmiem krytykować autorów za dobre intencje. Chcieli dobrze, wyszło jak zwykle.

Pozostaje wierzyć tylko, że są jeszcze ludzie, którzy oglądają takie filmy nie żeby się go opacznie pojąć tylko by się zastanowić. Nad tym, czego reżyser od nas chce; może ma rację, może nie? Zauważają niesamowity ładunek emocjonalny, przekazywany dzięki tej tematyce. Doceniają wykorzystany potencjał lub wkurwiają się na roztrwoniony. Ale czują. Nie spinają pośladków i pisząc wściekle nie ślinią klawiatury. Nawołuję do rozsądku, czerpania z życia i cieszenia się światem. Wtedy wszystkim będzie tu wygodniej. Bunt potrafi być produktywny, jeśli tylko jest rozsądny. A filmy o skinheadach jarają mnie wciąż i niezmiennie. Szkoda, że jest ich tak niewiele. Może tematyka ostatecznie nie jest tak wdzięczna?

(Visited 49 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>