Mariusz Czernic

Clint Eastwood kończy 85 lat

Clint Eastwood kończy 85 lat
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

31 maja 1930 roku w San Francisco urodził się Clint Eastwood, dziś już prawdziwa legenda kina. Aktor, reżyser, producent, jazzman, kompozytor. Ikona westernu i mistrz amerykańskiego kina. Tacy ludzie jak on nie żądają obniżenia wieku emerytalnego, mają siłę i energię by pracować bez przerwy aż do śmierci. Imał się różnych zawodów zanim w 1955 podpisał kontrakt z wytwórnią Universal i zaczął grać epizody w filmach klasy B. Pojawiał się także w serialach telewizyjnych aż wreszcie stał się rozpoznawalny dzięki roli Rowdy’ego Yatesa w serialu Rawhide. To właśnie dzięki tej produkcji Eastwood trafił na plan westernu Sergia Leone Za garść dolarów (1964), rozpoczynając tym samym nowy, bardziej intensywny etap w swoim życiu. Olbrzymi sukces filmu sprawił, że za kolejne dostawał już gwiazdorską gażę, a w 1967 założył własną firmę The Malpaso Company, która działa do dziś (po 1987 pod zmienioną nazwą Malpaso Productions).

O najlepszych filmach Clinta już pisałem parę lat temu (tutaj link), więc dziś będzie o filmach mniej znanych, mniej cenionych, znacznie lub nieznacznie słabszych, lecz mających nieopisany urok.

Breezy
(1973 / 106 minut)
scenariusz: Jo Heims

Breezy 1973

Tytułowa Breezy to dwudziestoletnia hipiska podróżująca autostopem. Niepoprawna optymistka szukająca wszędzie pozytywów. Podczas jednej ze swoich bezmyślnych eskapad poznaje faceta w średnim wieku, zmęczonego życiem rozwodnika. Powoli kiełkuje uczucie między nimi. Nie jest to nielegalny związek, bo dziewczyna jest pełnoletnia, ale spora różnica wieku i tak powoduje wątpliwości. Jak nazwać to uczucie? Czy jest to miłość? Aby zasiać więcej wątpliwości Clint zamiast siebie obsadził jednego z dziadków amerykańskiego kina, Williama Holdena. Jego partnerką została młodziutka Kay Lenz. Gdy Holden odbierał Oscara w ’54 Kay miała dopiero roczek. Eastwood okazał się reżyserem bardzo subtelnym i wrażliwym – kulturalnie i wnikliwie sportretował relacje między dwójką postaci pochodzących z różnych światów. Ukazał życie bez przemocy i tragizmu – takie, w którym można zapomnieć o troskach i po prostu cieszyć się tym, co przynosi każdy dzień. Trudno uwierzyć, że etatowy twardziel kina mógł nakręcić taki film, ale to nie jedyny tak liryczny obraz Clinta.

Wyzwanie
The Gauntlet (1977 / 109 minut)
scenariusz: Michael Butler, Dennis Shryack

Wyzwanie (1977)

Po miłostkach i czułościach, jakie zaserwował w Breezy, Clint Eastwood powrócił na właściwe tory, realizując sensację (Akcja na Eigerze) i western (Wyjęty spod prawa Josey Wales). Filmem pod tytułem Wyzwanie miał zamiar kontynuować dobrą passę, ale zamiast tego zainicjował kryzys – jego cztery filmy z lat 1977-82 nie spełniły oczekiwań. Jego role komediowe w duecie z orangutanem też okazały się porażką. Z tego okresu to tylko Ucieczka z Alcatraz (1979) Dona Siegela przypomina o charyzmie i temperamencie Clinta. Natomiast Wyzwanie ogląda się nieźle do pewnego momentu. Clint wciela się w postać policjanta, który nie myśli trzeźwo i szefostwo robi z niego jelenia. Otrzymuje na pozór proste zadanie, które okazuje się niewykonalne. Motyw korupcji w policji został sprowadzony do karykatury. Wyzwaniem dla widzów jest zachowanie powagi w trakcie wielu niedorzecznych scen. Gdyby obsadzono aktora komediowego to nieprawdopodobieństwa i absurdy dałoby się przełknąć, ale po filmach z Eastwoodem  oczekuje się powagi i logiki – żadne parodie ani science-fiction tu nie przejdą. Pozytywnie zaskoczyła mnie Sondra Locke – wbrew temu co piszą np. na filmwebie uważam, że wypadła całkiem przyzwoicie.

Nagłe zderzenie
Sudden Impact (1983 / 117 minut)
scenariusz: Joseph C. Stinson na podst. fabuły Earla E. Smitha i Charlesa B. Pierce’a

Sudden Impact (1983)

Gdy doskwiera kryzys powraca się myślami do „dawnych dobrych czasów”, aktorzy zaś z braku sukcesów kasowych wracają do postaci, które przyniosły im uwielbienie publiczności. Tak postępowali w ostatniej dekadzie chociażby Bruce Willis i Sylvester Stallone. Tak postąpił trzy dekady temu Clint Eastwood. Nagłe zderzenie to czwarta część perypetii zabójczego tercetu: Smitha, Wessona i Callahana, parszywego gliniarza z San Francisco. Historia rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: policyjnego kryminału i opowieści z podgatunku rape and revenge. Obie historie spotkają się we wspólnym finale. Sporo tu świetnych dialogów oraz scen, które znakomicie ukazują absurdalność wymiaru sprawiedliwości. Jedną z początkowych scen filmu, rozgrywającą się w sądzie, można podsumować słowami: przestępca ma prawo działać nielegalnie, policjant nie ma takiego prawa. Sąd, który ma karać łajdaków sam otwiera im wszelkie furtki zachęcając do czynienia zła. Harry Callahan i jego magnum .44 ze względu na ich siłę i skuteczność stają się wrogami nie tylko najprawdziwszych łajdaków, ale też tych, co to niby stoją po właściwej stronie. Podobną ofiarą systemu jest postać grana przez Sondrę Locke. Nikogo nie obchodzi, że szumowiny które zgwałciły ją i jej siostrę cieszą się wolnością. Nikogo nie obchodzi, że wyrównuje rachunki. Według prawa to ona jest zbrodniarzem, a nie ci których tropi. Z początku ten film był dla mnie banalną kontynuacją, ale ponowny seans zweryfikował tę opinię. Okazało się, że ten prowincjonalny sequel w niczym nie ustępuje wielkomiejskim poprzednikom z lat 70, będąc przemyślanym i trzymającym w napięciu dramatem sensacyjnym.

Co się wydarzyło w Madison County
The Bridges of Madison County (1995 / 135 minut)
scenariusz: Richard LaGravenese na podst. powieści Roberta Jamesa Wallera

The Bridges of Madison County (1995)

Prawdziwy twardziel umie nie tylko posługiwać się bronią, przywalić pięścią i władać ostrym słownictwem, ale też potrafi okazywać ciepłe uczucia i nie boi się ulegać namiętnościom. Gdy Eastwood w ’94 roku objął funkcję przewodniczącego jury na canneńskim festiwalu doprowadził do zwycięstwa Pulp Fiction Quentina Tarantino, po czym przystąpił do pracy nad łzawym, przepełnionym nostalgią melodramatem. Postanowił tym filmem udowodnić, że jest wszechstronny nie tylko jako reżyser, ale i aktor. Chyba w żadnym innym filmie nie miał do nauczenia tak wielu kwestii, w dodatku za partnerkę miał Meryl Streep, więc stres musiał być ogromny. Szczególnie że oboje mieli do zagrania wspólne sceny miłosne. Dla facetów nie jest to łatwy film, ogląda się ze zniecierpliwieniem, nerwowo wiercąc w fotelu, powstrzymując przed zaśnięciem. Jest to opowieść „więzienna”, gdzie więzieniem jest małżeństwo. Może się tak zdarzyć, że spotka się bratnią duszę i zacznie się postrzegać sakramentalny związek jako zmarnowane lata. Pojawia się tęsknota za minioną młodością, kiedy robiło się wiele rzeczy wbrew sobie, by zadowolić otoczenie. Ma się wtedy ochotę zrzucić choć na chwilę kajdany. Chyba łatwiej jest kochać kogoś, kto jest poza zasięgiem niż osobę z najbliższego otoczenia, którą zna się na wylot. Madison County to najbardziej realistyczny film Eastwooda, co wcale nie oznacza, że jest jednym z najlepszych.

J. Edgar
(2011 / 137 minut)
scenariusz: Dustin Lance Black

J. Edgar (2011

Jak na prawdziwego Amerykanina przystało Eastwood lubił wracać do historii swojego kraju, odmalowywać dawne epoki i pokazywać interesujących bohaterów, którzy zapracowali na sławę i uznanie. John Edgar Hoover (1895 – 1972) to wieloletni dyrektor FBI. Przez pół wieku zarządzał Federalnym Biurem Śledczym, służąc ośmiu amerykańskim prezydentom. Jak każda powszechnie znana osoba budził sprzeczne odczucia: od szacunku i podziwu aż po niechęć i kontrowersje. Clint przedstawił go jako osobę niezwykle ambitną i zarozumiałą – pracoholika, który nie znosi sprzeciwu i pragnie być w centrum uwagi. W latach 30. każdy chciał być agentem federalnym, powstawały o nich filmy (najsłynniejszy to ‚G’ Men z Jamesem Cagneyem), ale J. Edgar rzadko uczestniczył w akcjach, więc uważano go tylko za zwykłego urzędnika. Reżyser nie pominął także wątku homoseksualnego, chociaż są wątpliwości czy Hoover faktycznie był gejem. Być może ważne są tu nie tylko jego relacje z protegowanym, ale też z wieloletnią sekretarką, której bezgranicznie ufał, dla której praca była ważniejsza niż życie uczuciowe. Dla reżysera życie prywatne Hoovera było równie istotne co kariera zawodowa. Nie należało więc pomijać przełomowej dla historii kryminalistyki sprawy porwania nastoletniego syna pioniera lotnictwa, Charlesa Lindbergha. Oprócz zwykłych przestępców zmorą Amerykanów byli radykałowie, zarówno ci groźni, podkładający bomby, jak i ci mniej groźni, żądający reform, jak np. Martin Luther King. Ten film to prosta, klasyczna biografia na elementarnym poziomie hollywoodzkim. Aktorstwo poprawne, reżyseria bez stylu i błysku, ale z rzemieślniczą precyzją. Da się oglądać, chociaż w drugiej połowie dopada nuda i senność.

Snajper
American Sniper (2014 / 132 minuty)
scenariusz: Jason Hall na podst. książki Chrisa Kyle’a, Scotta McEwena i Jima DeFelice’a

American Sniper 2014

Różnica między Edgarem Hooverem a Chrisem Kyle’em jest taka, że ten pierwszy pragnął być legendą za życia, ten drugi stał się legendą wbrew własnej woli. Tak przynajmniej wynika z tych dwóch biograficznych obrazów Clinta Eastwooda. Amerykański snajper Chris Kyle jest patriotą i prawdziwym psem wojny, ciągnie go tam, gdzie toczą się walki. Źle się czuje, gdy siedzi w domu podczas gdy jego kumple giną w Iraku. Źle się czuje także wtedy, gdy musi zabić dziecko. Jednak gdy widzi szczyla z granatem lub granatnikiem przeciwpancernym to trzyma palec na spuście. Bo wtedy dzieciak staje się równie niebezpieczny co zawodowi żołnierze lub partyzanci. Chris Kyle zmarł w 2013 roku, a o świeżo zmarłych mówi się w samych superlatywach. Tak więc Clint Eastwood w swoim filmie wystawił laurkę amerykańskiemu bohaterowi. Stworzył propagandowe dzieło na zlecenie Pentagonu. Nie pierwsze zresztą – Firefox (1982) również był propagandową agitką, prezydent Reagan mógł zaliczyć go do ulubionych. Mimo agitatorskiego tonu film nie wygląda jakby powstał na „odwal się” – widać w tym ogień i silną wiarę reżysera w to, że opowiada historię w stu procentach prawdziwą. Prawdą jest jednak to, że czasem oszukuje, by pogłębić psychologię bohatera i mocniej wpłynąć na emocje. Trudno ocenić film, który próbuje być rzetelną biografią, jednocześnie gloryfikując zabójcę i okupanta. Clint zabawił się tu w Johna Forda, który często ukazywał Amerykanów jako tych dobrych, mimo że zabijali rdzennych mieszkańców.

PS. Wszystkiego najlepszego, Clint! Sto lat lub więcej! Zdrowia i energii do dalszej pracy!

(Visited 141 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>